Bohater bez peleryny

Zielony Trener
7 min. czytania

Martyna , żona Tomasza Piotrowskiego zapytana przeze mnie o to jak określiła by męża odparła bez wahania 

- Reklama -

,,Bohater bez peleryny”.

- Reklama -

Z.T. W siatkówkę zacząłeś grać dosyć późno?

T.P.  Zacząłem grać dopiero w wieku 16 lat. Dla wielu to już końcówka drogi juniorskiej, dla mnie dopiero początek. Ale wtedy pojawił się trener Paweł Gradowski, mój pierwszy trener . Pierwsze poważne kluby ,MOS Warszawa, BBTS Bielsko-Biała 

Z.T. Co zapamiętałeś najbardziej?

T.P Czas spędzony w BBTS był wyjątkowy. Spadek z PlusLigi… to boli. Cztery lata w I lidze nauczyły mnie cierpliwości, wytrwałości i pokory. Tam zrozumiałem, że sport to nie tylko wygrane mecze, ale też radzenie sobie z porażkami.

Z.T. Później był Rzeszów i Radom. To były trudne czasy, prawda?

T.P. Radom… Tam naprawdę zastanawiałem się, czy nie odpuścić. Kontuzja, spadek, ciężkie treningi… Mentalnie byłem wyczerpany. Ale w sporcie zawsze jest jakiś moment, który zmienia wszystko. W Chełmie znalazłem swoją drugą szansę.

Z.T.Powiedz mi o Chełmie. Co sprawiło, że poczułeś ekscytację?

T.P. To było jak nowe życie. Odbudowałem formę, odzyskałem radość z gry. Po awansie do PlusLigi poczułem przypływ adrenaliny.

Z.T. Martyna -Twoja żona. Jak wygląda Wasza codzienność na odległość?

 T.P. Czasem tęsknię bardziej niż za samą grą. Sezon jest długi, wyjazdy, mecze, treningi… Lubię słyszeć jej głos, nawet przez telefon. Czasami po prostu zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jest obok. To daje mi spokój i energię.

Z.T. Poznaliście się bardzo młodo , jak to wspominasz?

T.P. Na szkolnej wycieczce, mieliśmy po 16-17 lat. Długo dojrzewaliśmy do siebie. Teraz wiem, że to najważniejsza osoba w moim życiu. Nie jestem romantykiem, ale staram się ją uszczęśliwiać gestami , kolacja, drobne niespodzianki… Małe rzeczy, które mówią „kocham Cię”.

Z.T Trzy słowa o żonie ?

T.P. Kochana , towarzyska , zadziorna.

Z.T. W sporcie jest wiele wyrzeczeń. Czego musiałeś się wyrzec dla siatkówki? 

T.P. Swobody. Lubiłem narty, tenis, windsurfing , wszystkie te sporty teraz są obarczone ryzykiem kontuzji. Mógłbym osłabić swój zespół.

Z.T. Masz jakieś swoje rytuały meczowe? Coś, bez czego nie wyjdziesz na parkiet?

T.P. Nie, jakichś specjalnych rytuałów nie mam. Nie jestem przesądny.

Z.T. Czyli żadnego konkretnego utworu w słuchawkach, tej samej skarpetki, tej samej kolejności wiązania butów?

T.P.  Nie (śmiech). Jedyne, co faktycznie robię, to 20-minutowy power nap przed meczem. Na co dzień raczej nie śpię w ciągu dnia, ale przed spotkaniem taka krótka drzemka naprawdę pomaga się wyciszyć i złapać świeżość.

Z.T. I to wszystko?

T.P. W zasadzie tak. Odświeżyć się, umyć zęby. Bez filozofii.

Z.T. Jak radzisz sobie z błędami na boisku?

T.P.  Szybko zapominam. W szatni Chełma panuje świetna atmosfera. Traktuję każdą porażkę jako lekcję, cieszę się nawet z pojedynczej udanej akcji. To uczy pokory i życia.

Z.T.Co najbardziej lubisz w Chełmie? 

T.P. Ludzi. Trenerów, kolegów z drużyny, kibiców. Wspólna walka, wzajemne wsparcie, śmiech w szatni , to daje energię. A także świadomość, że możemy coś osiągnąć razem.

Z.T.Po sezonie wracasz do domu rodzinnego. Co tam robisz? 

T.P.Pomagam w rodzinnej firmie budowlanej. To dla mnie sposób, żeby się odciążyć mentalnie, poczuć kontakt z rzeczywistością poza sportem i być blisko rodziny. Lubię ten czas, bo mogę porozmawiać z tatą o pracy, z mamą o wszystkim, co w życiu ważne. To daje mi równowagę i przypomina, skąd pochodzę.

Z.T. Myślisz o rodzinie? 

T.P. Tak, ale dopiero w przyszłości. Trochę się tego boję, nie czuję się jeszcze gotowy. Chcę, żeby Martyna skończyła karierę, a potem będziemy planować dzieci. Marzę, by pokazać im różne sporty, ale też dać wolność wyboru.

Z.T. Masz marzenia poza siatkówką? 

Lot w kosmos. Serio! Ale bardziej marzę o domu w Lipowej i życiu u boku Martyny. Chcę, żeby nasze życie było pełne spokoju, śmiechu i wspólnych chwil.

Z.T. Co jest Twoją największą słabością, a co siłą?

T.P. Słabość to lenistwo. Zawsze mogłem dać z siebie więcej. Siła konsekwencja. Gdy coś postanawiam, dążę do celu. Sport nauczył mnie, że nawet po trudnym sezonie, kontuzji czy porażce, można wrócić silniejszym.

Z.T. Co sprawia, że wstajesz rano i idziesz na trening?

T.P. Chęć zagrania dla drużyny, dla jednego kibica, który może przyszedł pierwszy raz na mecz.

Z.T. Kilka słów na koniec  o ludziach, których cenisz i decyzjach, które Cię dotknęły .

T.P. Nie bardzo rozumiem dlaczego Jędrzej Goss nie dostał MVP w zeszłym sezonie I ligi. W mojej opinii zasługiwał na to bardziej niż zawodnik drużyny z piątego miejsca. Ale takie decyzje podejmują inni , ja koncentruję się na swojej pracy.

Rodzicom jestem bardzo wdzięczny, że pomimo że nigdy nie mieli nic wspólnego ze sportem zawodowym to stworzyli w moim dzieciństwie warunki aby spróbować wielu przeróżnych dyscyplin i rozwijać się. Patrząc dziś wstecz, te wszystkie lata w Bielsku-Białej miały ogromne znaczenie. To nie był tylko czas nauki siatkówki. To był okres dojrzewania  pierwszy wspólny dom z przyszłą małżonką, codzienne wyzwania, budowanie relacji i pierwsze sportowe sukcesy. Awans do PlusLigi, solidne sezony w pierwszej lidze ,wszystko to ukształtowało mnie zarówno jako zawodnika, jak i człowieka. Każdy spadek, każda porażka, ale i każdy sukces, każdy dobry sezon ,to wszystko składa się na drogę, która nauczyła mnie cierpliwości, wytrwałości i wdzięczności za każdy moment na boisku i poza nim.

Z.T. Jak chciałbyś, żeby Cię pamiętano?

T.P Jako człowieka, który dawał z siebie wszystko, nie tylko na boisku. Który walczył, ale też kochał i tęsknił. Który potrafił cieszyć się chwilą, nawet tą krótką rozmową przez telefon z osobą, którą kocha najbardziej.

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy