„Kiedyś się biło i ludzie wyrastali na porządnych”. To dlaczego dziś ci porządni ludzie nawołują do przemocy?

Mira Vela
10 min. czytania

- Reklama -

Czytam komentarze pod informacjami o dramatycznych wydarzeniach w polskich szkołach. I przecieram oczy ze zdumienia. Dorośli, wydawałoby się dojrzali ludzie, rodzice, dziadkowie, wychowawcy, z oburzeniem potępiają przemoc wśród młodzieży. A chwilę później proponują rozwiązanie: bić! Pasem, kablem, czym popadnie. Bo przecież „kiedyś się biło i ludzie wyrastali na porządnych”. Naprawdę? To może właśnie mamy okazję zobaczyć, na jak porządnych ludzi niektórzy wyrośli.

- Reklama -

Przemoc lekarstwem na przemoc. Genialne, prawda?

Wystarczy zajrzeć do komentarzy pod wiadomościami o ostatnich atakach w szkołach. Internet natychmiast zapełnia się samozwańczymi ekspertami od wychowania. „Za moich czasów dostałby pasem”. „Porządne lanie i od razu by się nauczył”. „Teraz dzieciom wszystko wolno, bo nie wolno ich uderzyć”. I oczywiście koronny argument, który ma zakończyć każdą dyskusję: „Kiedyś się biło i jakoś wszyscy wyrośli na ludzi”.

Otóż nie wszyscy. A nawet ci, którzy wyrośli, niekoniecznie poradzili sobie z tym, czego doświadczyli. Trudno bowiem uznać za dowód emocjonalnej dojrzałości sytuację, w której dorosły człowiek, oburzony brutalnością nastolatka, sam publicznie fantazjuje o zadawaniu mu bólu.

Potępiamy przemoc, a jednocześnie domagamy się przemocy. Żądamy szacunku, proponując upokorzenie. Chcemy wychowywać młodych ludzi do odpowiedzialności, ale najchętniej robilibyśmy to pięścią. Czy naprawdę nikt nie dostrzega tej sprzeczności?

Dwie tragedie. I bardzo niewygodne pytania

7 października 2026 roku w Ostrołęce 19-letni Jakub Z. zaatakował uczniów, nauczycieli i inne osoby. Prokuratura przedstawiła mu dziewięć zarzutów, w tym dotyczące usiłowania zabójstwa.

Dzień później w Leszczydole-Nowinach pod Wyszkowem 15-letni chłopak zaatakował pracowników szkoły. Zginęła 37-letnia kobieta. Dwie kolejne osoby zostały ranne.

Dramat. Niewyobrażalne cierpienie rodzin, tragedia ofiar, strach uczniów i nauczycieli. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takich czynów. Żadnego.

Ale jeśli naprawdę chcemy zrozumieć, skąd bierze się przemoc, musimy mieć odwagę zadać pytania, które nie mieszczą się w prostym internetowym haśle: „Trzeba było go lepiej wychować”. Bo właśnie o tym wychowaniu dowiadujemy się rzeczy niepokojących.

Radio ZET ujawniło, że ojciec Jakuba Z. został skazany na dwa i pół roku więzienia za znęcanie się nad rodziną. Informację tę potwierdziła rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce. Rodzina 19-latka korzystała z pomocy psychologicznej i wsparcia miejskiego ośrodka pomocy.

W przypadku 15-latka z Leszczydołu-Nowin również pojawiły się doniesienia o przemocy w domu. Jak relacjonowały media, jego 19-letnia siostra opowiedziała dziennikarzom „Faktu” o wcześniejszej agresji ojca. Według jej relacji rodzina miała nawet założoną Niebieską Kartę. Dziewczyna zaznaczyła przy tym, że obecnie ojciec nie stosuje już przemocy. O trudnej sytuacji domowej nastolatka mówili również mieszkańcy miejscowości.

W pierwszym przypadku mamy więc potwierdzony przez prokuraturę wyrok za przemoc domową. W drugim – relacje bliskich i sąsiadów, które wymagają dalszego wyjaśnienia.

Czy te doświadczenia spowodowały późniejsze ataki? Tego nie wiemy. I uczciwość nakazuje to powiedzieć.

Przemoc domowa nie przesądza o tym, że dziecko samo stanie się sprawcą przemocy. Miliony ludzi, którzy dorastali w trudnych warunkach, nigdy nikogo nie skrzywdziły.

Ale czy możemy zignorować fakt, że w historiach dwóch młodych ludzi podejrzanych o wyjątkowo brutalne czyny pojawia się również przemoc w rodzinie? I czy naprawdę właściwą odpowiedzią na te tragedie ma być żądanie, żeby kolejne dzieci bić jeszcze mocniej?

„Mnie ojciec bił i wyszedłem na ludzi”

To jeden z najbardziej absurdalnych argumentów, jakie można usłyszeć. Mnie bili, więc wolno bić innych. Mnie upokarzano, więc upokarzanie jest skuteczne. Ja się bałem ojca, więc moje dziecko również powinno się mnie bać.

A może należałoby zapytać inaczej? Czy to, że ktoś przetrwał przemoc, oznacza, że przemoc mu pomogła? Czy człowiek, który dorastał w strachu, rzeczywiście powinien traktować własne doświadczenia jako wzór wychowawczy?

Przecież można było wyrosnąć na dobrego człowieka pomimo bicia, a nie dzięki niemu. Można było nauczyć się odpowiedzialności dzięki nauczycielowi, który uwierzył w nasze możliwości. Dzięki babci, która przytuliła. Dzięki matce, która wysłuchała. Dzięki komuś, kto okazał nam szacunek.

Dlaczego więc zasługi za wychowanie przypisujemy akurat temu, kto sięgał po pas? A może łatwiej powiedzieć, że bicie było dobre, niż przyznać przed samym sobą, że ktoś bliski zrobił nam krzywdę?

A teraz trochę nauki. Bo emocje nie zastąpią faktów

Światowa Organizacja Zdrowia od lat wskazuje, że stosowanie kar cielesnych wobec dzieci wiąże się ze zwiększonym ryzykiem agresji, problemów emocjonalnych, zaburzeń zdrowia psychicznego i trudności w relacjach społecznych.

W raporcie opublikowanym w 2025 roku WHO podkreśliła, że istnieją bardzo mocne dowody naukowe na szkodliwość kar cielesnych i brak korzyści wynikających z ich stosowania.

Nie jest więc tak, że bicie uczy szacunku. Może nauczyć posłuszeństwa ze strachu. Może nauczyć ukrywania błędów. Kłamstwa w obawie przed karą. Może też utrwalać przekonanie, że silniejszy ma prawo zadawać ból słabszemu. A potem dziwimy się, kiedy młody człowiek próbuje rozwiązywać konflikty siłą.

Oczywiście nie każde dziecko bite przez rodziców staje się agresywne. Tak samo nie każdy agresywny nastolatek doświadczył przemocy w rodzinie. Ludzkie zachowania są znacznie bardziej skomplikowane.

Jednak jedno jest pewne: nie można uczyć człowieka, że przemoc jest zła, jednocześnie przekonując go, że bywa dobra, kiedy stosuje ją rodzic.

I zaraz ktoś krzyknie: „Bezstresowe wychowanie!”

Znam ten argument. Pojawia się niemal zawsze. Wystarczy powiedzieć, że dzieci nie wolno bić, a natychmiast znajdzie się ktoś, kto zacznie opowiadać o bezstresowym wychowaniu, rozpuszczonej młodzieży i końcu autorytetów.

Tylko że to fałszywa alternatywa. Między biciem dziecka a pozwalaniem mu na wszystko istnieje ogromna przestrzeń. Nazywa się wychowaniem.

Można wymagać bez poniżania. Można stawiać granice bez przemocy. Można karać za niewłaściwe zachowanie, nie naruszając godności dziecka. Można być stanowczym rodzicem, nie będąc rodzicem brutalnym.

Dziecko potrzebuje zasad, konsekwencji i poczucia bezpieczeństwa. Nie potrzebuje pasa. A przede wszystkim potrzebuje dorosłych, którzy sami potrafią panować nad emocjami.

Bo jaką lekcję otrzymuje młody człowiek, kiedy widzi ojca, który na frustrację reaguje uderzeniem? Albo matkę, która w bezsilności mówi, że zaraz mu przyłoży? Uczy się, że kiedy brakuje argumentów, można użyć siły. I trudno potem oczekiwać, że zawsze wybierze rozmowę.

Najbardziej przeraża mnie nie tylko agresja młodzieży

Przeraża mnie również łatwość, z jaką część dorosłych usprawiedliwia własną agresję. To, że w internetowych komentarzach tak często pojawia się tęsknota za biciem dzieci. To, że słowa o zadawaniu bólu niektórym przechodzą przez klawiaturę równie łatwo jak życzenia miłego dnia.

To, że ludzie, którzy zapewne nigdy nie zaakceptowaliby uderzenia dorosłego człowieka przez innego dorosłego, z pełnym przekonaniem bronią prawa do uderzenia dziecka. Tego mniejszego. Słabszego. Zależnego.

W Polsce od 2010 roku obowiązuje ustawowy zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci. Nie jest to kwestia chwilowej mody, liberalnego światopoglądu czy politycznych sympatii.

To kwestia godności i bezpieczeństwa człowieka. W dodatku tego człowieka, który często nie ma dokąd uciec i od kogo oczekiwać pomocy.

Zanim napiszesz „lać go”, pomyśl

Za tragicznymi wydarzeniami w szkołach stoją prawdziwi ludzie. Są ofiary, których życia i zdrowia nie da się przywrócić. Są rodziny, których świat się zawalił. Są dzieci i nauczyciele, którzy mogą przez lata bać się powrotu do szkoły.

Sprawcy muszą ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. W granicach prawa, adekwatnie do wieku i ustaleń wymiaru sprawiedliwości.

Ale obok pytania o karę powinno paść inne. Co możemy zrobić, żeby podobne tragedie się nie powtarzały?

Czy potrafimy wcześniej rozpoznać kryzys młodego człowieka? Czy szkoła ma dość psychologów? Czy instytucje reagują na przemoc domową? Czy rodzice wiedzą, gdzie szukać pomocy? Czy traktujemy poważnie sygnały ostrzegawcze?

I wreszcie – czy sami, jako dorośli, nie dokładamy kolejnej cegły do świata, w którym przemoc staje się czymś normalnym?

Nie twierdzę, że przytuleniem rozwiążemy każdy problem. Nie twierdzę, że rozmowa wystarczy wobec każdego zagrożenia. Twierdzę jedynie, że bicie dzieci nie jest rozwiązaniem.

Bo nie wychowamy pokolenia wolnego od przemocy, ucząc je przemocy. Nie nauczymy szacunku przez poniżanie. Nie nauczymy empatii przez zadawanie bólu. I nie nauczymy odpowiedzialności, pokazując, że silniejszemu wolno więcej.

Na koniec mam więc pytanie do wszystkich, którzy w komentarzach z taką nostalgią wspominają pas, kabel i „wychowawcze lanie”.

Skoro bicie było tak wspaniałą metodą wychowawczą, to dlaczego dziś, jako dorośli ludzie, w obliczu tragedii nie potraficie zaproponować niczego lepszego niż kolejne bicie?

Może problemem nie jest to, że dzisiejsza młodzież była za mało bita. Może problemem jest również to, że część dorosłych wciąż uważa przemoc za coś normalnego.

I może najwyższa pora, żebyśmy przestali pytać wyłącznie, co jest nie tak z dzisiejszą młodzieżą. A zaczęli pytać, czego ta młodzież uczy się od nas.

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy