Nie tylko dla akademików
Marcus o wojnie, strachu, politykach i bohaterach, którzy zamiast wygrywać wojny, potrafią im zapobiegać.
Wojna trwa tuż za naszą granicą.
Od ponad czterech lat każdego dnia giną ludzie. Rosyjskie rakiety i drony uderzają w ukraińskie miasta. Rozlegają się alarmy przeciwlotnicze. Rodzice budzą dzieci w środku nocy i schodzą z nimi do schronów. Ktoś traci dom. Ktoś bliską osobę. Ktoś życie.
A my?
My coraz częściej słyszymy alarmy również u siebie.
Komunikaty o naruszeniach przestrzeni powietrznej. Informacje o dronach. Ostrzeżenia. Ćwiczenia służb. Poradniki, jak przygotować plecak ewakuacyjny i co zrobić w przypadku zagrożenia.
Jeszcze kilka lat temu podobne wiadomości wydawały nam się czymś odległym. Dzisiaj coraz częściej zastanawiamy się, czy wojna może dotrzeć również do Polski.
Patrzę na to wszystko i widzę przede wszystkim strach, bezradność i czekanie.
Czekamy na kolejne komunikaty.
Na decyzje polityków.
Na następny szczyt.
Na konferencję prasową.
Na wiadomość, że sytuacja się uspokoiła.
A później przychodzi kolejny dzień i znów dowiadujemy się o atakach, ofiarach i zniszczeniach.
I zaczynam zadawać sobie pytanie, które być może zabrzmi naiwnie.
Czy naprawdę zrobiliśmy już wszystko, żeby zakończyć tę wojnę?
Nie pytam, kto wygra.
Nie pytam, kto zdobędzie więcej terytorium.
Nie pytam, kto będzie mógł ogłosić polityczny sukces.
Pytam, co jeszcze można zrobić, żeby ludzie przestali ginąć.
Bo mam wrażenie, że przyzwyczailiśmy się do wojny.
Do jej obecności w wiadomościach.
Do map pokazujących przesuwającą się linię frontu.
Do liczb zabitych i rannych.
Do kolejnych zapowiedzi dostaw uzbrojenia.
Do polityków zapewniających, że sytuacja jest pod kontrolą.
Tylko czy rzeczywiście jest?
Czy pokój stał się mniej ważny niż zwycięstwo?
Od razu uprzedzę tych, którzy będą chcieli zarzucić mi naiwność.
Wiem, kto napadł na Ukrainę.
Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na niepodległe państwo. Ukraina ma prawo bronić swoich obywateli, terytorium i suwerenności.
Nie proponuję, żeby napadnięty po prostu podniósł ręce i zaakceptował przemoc.
Nie uważam też, że pokój za wszelką cenę jest pokojem.
Bo jeżeli ceną zakończenia walk miałoby być pozostawienie milionów ludzi bez bezpieczeństwa, wolności i prawa do decydowania o własnym losie, trudno byłoby nazwać to sprawiedliwym rozwiązaniem.
Ale właśnie dlatego potrzebujemy mądrej, konsekwentnej dyplomacji.
Nie zamiast bezpieczeństwa.
Obok działań służących bezpieczeństwu.
Czy wszystkie możliwości rozmów zostały wykorzystane?
Czy międzynarodowi przywódcy poświęcają równie dużo energii poszukiwaniu trwałego porozumienia, ile poświęcają na wzajemne oskarżenia i polityczne deklaracje?
Czy potrafimy wyobrazić sobie sukces, który nie będzie polegał na pokonaniu przeciwnika, lecz na ocaleniu ludzkiego życia?
I wreszcie najważniejsze:
Czy politycy pamiętają jeszcze, że za każdą decyzją stoją prawdziwi ludzie?
Najłatwiej być odważnym cudzym życiem
Zauważyłem pewną prawidłowość.
Im dalej ktoś znajduje się od prawdziwej wojny, tym łatwiej przychodzi mu mówienie o konieczności walki.
Najodważniejsi bywają ci, którzy nigdy nie słyszeli świstu pocisku.
Najbardziej zdecydowani ci, którzy nigdy nie musieli chować się z dzieckiem w piwnicy.
Najgłośniej o poświęceniu mówią czasem ludzie, którzy doskonale wiedzą, że to nie oni będą musieli ponieść jego konsekwencje.
Z wygodnego fotela można wygrać każdą bitwę.
Z telewizyjnego studia można wysłać na front tysiące ludzi.
Z mównicy można wygłosić płomienne przemówienie o honorze, obowiązku i najwyższym poświęceniu.
Tylko później ktoś musi naprawdę pójść.
I nie będzie to polityczna deklaracja.
Będzie to czyjś syn.
Czyjaś córka.
Ojciec.
Mąż.
Przyjaciel.
Bo politycy mówią o stratach. Rodziny mówią o imionach.
Wojna nie jest piękna
Niedawno zobaczyłem ilustrację, która zatrzymała mnie na dłużej.
Mała dziewczynka maluje czerwone serce. Obok siedzi żołnierz. Zielony mundur, hełm, ciężkie buty.
Nad nimi słowa:
„Przestańcie uczyć swoje dzieci, że wojna oznacza chwałę i bohaterstwo. Nauczcie je tego, że prawdziwą chwałą jest zapobieganie wojnie, zaś bohaterami są ludzie, którzy potrafią tego dokonać”.
Przeczytałem je kilka razy.
I pomyślałem, że być może największym problemem współczesnego świata jest to, że znacznie łatwiej przychodzi nam opowiadanie o zwycięskich wojnach niż o wojnach, którym udało się zapobiec.
Wojna potrafi wyglądać pięknie.
Na filmie.
Na obrazie.
W paradnym mundurze.
Przy dźwiękach orkiestry.
Na defiladzie.
Ale prawdziwa wojna nie ma muzyki w tle.
Ma strach.
Ból.
Brud.
Samotność.
Ma matkę, która nie może dodzwonić się do syna.
Ma dziecko, które nie rozumie, dlaczego tata nie wraca.
Ma ludzi, którzy jeszcze wczoraj planowali wakacje, a dzisiaj próbują przeżyć kolejną noc.
Nie ma w tym nic romantycznego.
I jeżeli ktoś próbuje przekonać mnie, że wojna jest wspaniałą przygodą, mam ochotę zapytać:
To dlaczego tak niewielu ludzi, którzy naprawdę ją przeżyli, chciałoby przeżyć ją ponownie?
Bohaterstwo nie zawsze nosi mundur
Kiedy myślimy o bohaterach, najczęściej widzimy żołnierzy.
I słusznie. Wielu z nich zasługuje na najwyższy szacunek.
Ale chciałbym, żebyśmy poszerzyli nasze wyobrażenie o bohaterstwie.
Bohaterem jest również człowiek, który ratuje rannych, nie pytając, po której stronie walczyli.
Lekarz operujący przez kilkanaście godzin.
Ratownik wyciągający dziecko spod gruzów.
Nauczyciel próbujący zapewnić swoim uczniom odrobinę normalności.
Człowiek, który ryzykuje własne bezpieczeństwo, żeby ochronić niewinnych.
I dyplomata, który potrafi doprowadzić do porozumienia, zanim padnie pierwszy strzał.
Tylko że z tym ostatnim jest pewien problem.
Bardzo trudno postawić pomnik wojnie, której udało się zapobiec.
Nie ma pola bitwy.
Nie ma poległych.
Nie ma rocznicy masakry.
Nie ma zdjęć zrujnowanych miast.
Są ludzie, którzy po prostu żyją dalej.
I właśnie dlatego zapobieganie wojnie tak rzadko otrzymuje należny mu szacunek.
Bo jego największym sukcesem jest tragedia, która nigdy się nie wydarzyła.
Patriotyzm nie polega na pragnieniu wojny
To będzie fragment, który nie wszystkim się spodoba.
Mam wrażenie, że zbyt często próbujemy mierzyć patriotyzm gotowością do składania ofiar.
A może warto zacząć mierzyć go odpowiedzialnością za życie?
Za bezpieczeństwo obywateli.
Za mądre decyzje.
Za budowanie silnego państwa.
Za sojusze.
Za dyplomację.
Za przygotowanie do obrony, które sprawi, że potencjalny agresor dwa razy zastanowi się przed atakiem.
Bo przecież najlepsza armia to nie ta, która najbardziej pragnie walczyć. To ta, której siła pomaga zapobiec wojnie.
Pokój nie oznacza bezbronności.
Przeciwnie.
Czasami właśnie zdolność do skutecznej obrony pozwala go zachować.
Nie mam więc nic przeciwko silnej armii.
Mam bardzo dużo przeciwko ludziom, którzy zaczynają traktować wojnę jak atrakcyjny sposób rozwiązywania problemów.
A czego uczymy dzieci?
Wracam do dziewczynki z obrazka.
Do tego czerwonego serca.
Dziecko nie rodzi się z przekonaniem, że człowieka mówiącego innym językiem należy nienawidzić.
Nie rodzi się z gotową listą narodów, których powinno się bać.
Nie rozumie politycznych granic, historycznych urazów i ideologicznych sporów.
Dopiero my, dorośli, zaczynamy tłumaczyć mu świat.
I od nas zależy, czy będziemy uczyć je rozumienia innych, czy automatycznej wrogości.
Nie chodzi o wymazywanie historii.
Nie chodzi o zapominanie krzywd.
Nie chodzi o rezygnację z pamięci o bohaterach.
Chodzi o to, żeby pamięć o wojnie była ostrzeżeniem, a nie zaproszeniem do następnej.
Żeby dziecko, które poznaje historię powstania, rozumiało nie tylko odwagę walczących, lecz także cenę, którą zapłacili cywile.
Żeby wiedziało, że wojna nie jest grą komputerową, w której po przegranej można rozpocząć rozgrywkę od nowa.
I żeby rozumiało, że największym osiągnięciem człowieka nie jest umiejętność zniszczenia drugiego człowieka.
Jest nim zdolność do życia razem, mimo różnic.
Najpierw nauczmy się rozmawiać
Jest jeszcze coś, co bardzo mnie niepokoi.
Coraz trudniej przychodzi nam zwyczajna rozmowa.
Nie potrafimy spokojnie różnić się w sprawach politycznych.
Nie potrafimy zaakceptować, że ktoś ma inne zdanie.
Nie potrafimy przyznać, że przeciwnik może mieć rację.
Zamiast argumentów pojawiają się obelgi.
Zamiast dyskusji – pogarda.
Zamiast próby zrozumienia – publiczne upokarzanie.
A potem ci sami ludzie wygłaszają wzniosłe przemówienia o pokoju.
Naprawdę?
Jeżeli nie potrafimy uszanować człowieka przy sąsiednim stole, jak chcemy budować pokój między narodami?
Nie twierdzę, że internetowa kłótnia prowadzi do wojny. Konflikty zbrojne mają znacznie bardziej złożone przyczyny.
Ale kultura rozmowy jest jednym z fundamentów pokojowego społeczeństwa.
I właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy zmiany języka debaty publicznej.
Bo słowa nie są obojętne.
Słowami można budować mosty.
Można też latami przekonywać ludzi, że po drugiej stronie nie stoją już ludzie.
A odczłowieczanie zawsze powinno zapalać nam czerwoną lampkę.
Pokój nie jest oznaką słabości
Czasami słyszę, że człowiek szukający porozumienia jest naiwny.
Że świat rozumie wyłącznie siłę.
Że trzeba być twardym.
Oczywiście, są sytuacje, w których agresję trzeba powstrzymać siłą. Nie można wymagać od napadniętego, by w imię pokoju zaakceptował własne zniewolenie.
Ale właśnie dlatego tak ważne jest rozróżnienie między obroną a agresją.
Między odwagą a brawurą.
Między stanowczością a nienawiścią.
Między gotowością do walki a pragnieniem walki.
Nie każdy, kto mówi o pokoju, jest tchórzem. I nie każdy, kto głośno mówi o wojnie, jest odważny.
Czasami największej odwagi wymaga wyciągnięcie ręki.
Przyznanie się do błędu.
Odstąpienie od odwetu.
Podjęcie rozmowy z człowiekiem, którego się nie lubi.
Nie zawsze to wystarczy.
Ale bez takich prób konflikty mają znacznie mniej szans na pokojowe zakończenie.
Chciałbym, żeby moje dziecko znało historię. Ale nie musiało jej powtarzać.
Chciałbym, żeby młodzi ludzie wiedzieli, kim byli bohaterowie naszych wojen.
Żeby znali historię Polski.
Żeby rozumieli cenę niepodległości.
Żeby szanowali tych, którzy walczyli o wolność.
Ale jeszcze bardziej chciałbym, żeby nie musieli przeżywać tego samego.
Żeby mogli studiować.
Podróżować.
Zakochiwać się.
Zakładać rodziny.
Kłócić się o głupoty.
Przegrywać mecze.
Spełniać marzenia.
Żeby największym dramatem młodego człowieka była niezdana matura, a nie wiadomość o śmierci przyjaciela.
Żeby dzieci mogły być dziećmi.
Czy naprawdę proszę o tak wiele?
Najtrudniejszy pomnik
Wyobraźmy sobie człowieka, który dzięki cierpliwości, odwadze i mądrości doprowadził do porozumienia między dwoma państwami.
Nie wybuchła wojna.
Nie zginęły tysiące ludzi.
Nie zniszczono miast.
Nie osierocono dzieci.
Nie trzeba było organizować zbiórek dla rannych.
Nie trzeba było budować cmentarzy wojennych.
Nie wydarzyło się nic.
I właśnie to „nic” byłoby jego największym osiągnięciem.
Tylko kto postawi mu pomnik?
Kto napisze pieśń o bitwie, której nie było?
Kto nakręci film o żołnierzach, którzy wrócili do domu, bo nigdy nie musieli wyruszyć?
A może właśnie takich bohaterów powinniśmy zacząć doceniać najbardziej?
Nie zamiast tych, którzy oddali życie za innych.
Obok nich.
Bo jedno bohaterstwo polega na obronie życia w czasie wojny.
Drugie – na ocaleniu życia przed wojną.
Czerwone serce
Patrzę jeszcze raz na ilustrację.
Mała dziewczynka.
Żołnierz.
Czerwone serce.
I myślę sobie, że ten obraz mówi o wojnie więcej niż niejeden wielogodzinny polityczny wykład.
Dziewczynka nie maluje czołgu.
Nie maluje karabinu.
Nie maluje zwycięskiej bitwy.
Maluje serce.
Być może właśnie dlatego, że dzieci potrafią dostrzegać rzeczy, o których my, dorośli, zapomnieliśmy.
Że drugi człowiek nie musi być naszym wrogiem.
Że różnice nie muszą oznaczać nienawiści.
Że siła nie zawsze polega na zadawaniu ciosów.
I że czasami największym zwycięstwem jest to, że nikt nie musi walczyć.
Nie wiem, czy doczekamy świata bez wojen.
Historia nie daje wielu powodów do optymizmu.
Ale wiem, że jeśli będziemy wychowywać kolejne pokolenia w przekonaniu, że wojna jest czymś pięknym, sami odbierzemy sobie szansę na pokój.
Dlatego uczmy dzieci odwagi.
Uczmy patriotyzmu.
Uczmy odpowiedzialności.
Uczmy obrony słabszych.
Ale przede wszystkim uczmy je, że życie człowieka ma wartość również wtedy, gdy ten człowiek mówi innym językiem, ma inną narodowość i inne poglądy.
Bo prawdziwą miarą naszej cywilizacji nie jest to, jak skutecznie potrafimy zabijać.
Jest nią to, jak wiele istnień potrafimy ocalić.
I może kiedyś doczekamy czasów, w których najważniejszym pytaniem nie będzie:
„Kto wygrał wojnę?”.
Ale:
„Kto miał odwagę jej zapobiec?”.
Marcus


