Komentarz Marcusa Pryszberga
Jeszcze nie opadł kurz po wydarzeniach w Berlinie, gdzie Robert Bąkiewicz przekonał się, że w państwie prawa polecenia policji nie są jedynie sugestią. Wydawało się, że ta lekcja skłoni go do refleksji. Nic bardziej mylnego.
Dziś znów słyszymy o kolejnej awanturze. Tym razem w Zamościu. Po raz kolejny pojawiają się kamery, emocje, głośne oskarżenia i narracja o walce z systemem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi już o wartości, lecz o kolejne widowisko.
Robert Bąkiewicz ma za sobą przegrane procesy sądowe. Mimo to nie zmienia stylu działania. Wręcz przeciwnie – sprawia wrażenie, jakby każdy kolejny konflikt był paliwem do budowania własnej rozpoznawalności. Im większa awantura, tym większy rozgłos.
Patrząc na to z boku, trudno nie odnieść wrażenia, że rozpoczął się kolejny akt spektaklu pod tytułem: „Bąkiewicz – poszukiwanie sensacji”.
Ze smutkiem obserwuję, że osoby budujące swoją pozycję na nieustannym konflikcie i prowokacjach potrafią całkiem dobrze funkcjonować w przestrzeni publicznej. Zamiast merytorycznej debaty dostajemy kolejne przedstawienie, w którym najważniejsze są emocje, krzyk i podział społeczeństwa.
Demokracja daje każdemu prawo do wyrażania poglądów i organizowania legalnych zgromadzeń. Nie daje jednak przyzwolenia na permanentne eskalowanie napięć i wykorzystywanie każdej okazji do wywoływania kolejnych konfliktów.
Pozostaje pytanie, które zadaje sobie dziś wielu obywateli: czy państwo prawa potrafi skutecznie reagować na działania, które nieustannie balansują na granicy przepisów i społecznej odpowiedzialności? Bo wolność nie polega na tym, że najgłośniej krzyczy ten, kto potrafi wywołać największą awanturę. Wolność wymaga również odpowiedzialności za własne słowa i czyny.


