- „Nie da się ciągnąć wszystkich srok za ogon”
- „Masz Wilfredo i wiesz, że następna piłka może pójść do niego”
- „To srebro jest dla mnie bardzo cenne”
- Pięć minut złości. Potem przychodzi świadomość, że zrobiło się coś wielkiego
- „Poprzedni sezon rozbudził moje ambicje”
- Plecy, które każdego ranka przypominają o sobie
- Cały Globus krzyczy: „Malina!”
- Głowa może dać 20–30 procent
- Piła na zawsze. Ale Lublin jest „skrojony pod moje potrzeby”
- „Kocham mówię chyba za rzadko”
- Śniadanie dla siebie, śniadanie dla żony…
- Marysia zmieniła hierarchię ważności
- Żużel za zgodą żony
- 95-letnia babcia też ogląda mecze
- „Nie wiedziałem, że siatkówka będzie moją pracą”
Są zawodnicy, których kibice lubią za punkty. Są tacy, których kochają za charakter. A czasem jedno spotyka się z drugim.
Kiedy w lubelskiej hali słychać przeciągłe „Maaalina!”, trudno mieć wątpliwości, że Mateusz należy do tych siatkarzy, którzy zbudowali z kibicami coś więcej niż zwykłą relację zawodnik–trybuny.
W poprzednim sezonie długo czekał na swoją większą szansę. Kiedy jednak przyszła, wykorzystał ją w najważniejszym momencie. Mimo problemów z plecami, ograniczonego treningu i ogromnego obciążenia meczowego pomógł Bogdance LUK Lublin dojść aż do finału PlusLigi.
Rozmawiamy o Wilfredo Leonie, srebrnym medalu, ambicjach, zdrowiu, roli zmiennika, sile głowy, Lublinie, rodzinie, ojcostwie, gotowaniu, żużlu, darcie i wędkowaniu.
Czyli nie tylko o siatkówce.
Jesteś w Lublinie już kilka lat. Kiedy tutaj przychodziłeś, spodziewałeś się, że klub w tak krótkim czasie znajdzie się w miejscu, w którym jest dzisiaj?
Nie. Kiedy przychodziłem, klub przede wszystkim miał za sobą utrzymanie w PlusLidze jako beniaminek. To było dla niego bardzo ważne. Wiadomo, że zespoły awansujące z pierwszej ligi często robią to dość późno i później mają problem chociażby ze znalezieniem odpowiednich polskich zawodników.
Lublinowi wtedy się udało. Klub zapowiadał, że chce z roku na rok robić progres i faktycznie kolejne decyzje to potwierdzały. W moim pierwszym sezonie tutaj powstał naprawdę dobrze zbudowany skład, który dawał podstawy, żeby myśleć o pierwszej ósemce.
Czyli nie było tak, że zarząd mówił jedno, a później życie wszystko weryfikowało?
Nie. To było poparte konkretnymi ruchami. Mieliśmy dobrych, doświadczonych zawodników. Bardzo dobra była też szatnia. Trener Dariusz Daszkiewicz zwracał uwagę nie tylko na umiejętności siatkarskie, ale również na charakter zawodników i na to, czy będą pasować do zespołu.
To naprawdę dobrze funkcjonowało. Niestety pojawiły się urazy. Ja też miałem być podstawowym atakującym, ale bardzo szybko doznałem kontuzji. Potem przyszły porażki, trener został zwolniony i ostatecznie zabrakło nam jednego punktu do play-offów.
„Nie da się ciągnąć wszystkich srok za ogon”
W poprzednim sezonie po waszym meczu z Chełmem pojawiały się komentarze, że Lublin ten mecz odpuścił.
To była bzdura. Oczywiście powinniśmy ten mecz wygrać. Mieliśmy swoje szanse. Ale trzeba pamiętać, w jakim momencie sezonu byliśmy.
Graliśmy w Europie, później był Puchar Polski. To był ogromny wysiłek. Nie da się cały czas ciągnąć wszystkich srok za ogon.
Musieliśmy wyjść trochę eksperymentalnym składem, żeby część zawodników mogła odpocząć. Byliśmy po bardzo intensywnym okresie, do tego dochodziły kontuzje i limity. Wilfredo i Marcin Komenda praktycznie cały czas byli na boisku. Im też należało się trochę oddechu.
Jeżeli kibic miałby wybierać: trzy punkty z Chełmem we wtorek czy Puchar Polski kilka dni wcześniej, to chyba odpowiedź jest oczywista.
„Masz Wilfredo i wiesz, że następna piłka może pójść do niego”
Przyjście Wilfredo Leona zmieniło mentalność drużyny? Dało wam większe poczucie pewności?
Na pewno. Jeśli dostajesz jednego z najlepszych zawodników na świecie, to naturalnie wpływa to na cały zespół.
Masz świadomość, że jeśli ty nie skończysz akcji, następna trudna piłka może pójść do Wilfredo i jest ogromna szansa, że on ją skończy. Marcin jako rozgrywający też ma dzięki temu większy komfort. Może otwierać innych zawodników, a w trudnych sytuacjach wiadomo, gdzie można posłać piłkę.
Cały zespół był trochę niesiony na jego skrzydłach. Każdy chce dorównać, każdy chce dołożyć coś od siebie.
Ale myślę też, że przez te ostatnie sezony jako drużyna bardzo urośliśmy mentalnie.
Było mnóstwo meczów, w których nasza gra nie wyglądała dobrze, a mimo to potrafiliśmy wygrać 3:2. Pokazywaliśmy, że bardzo trudno nas złamać.
W najważniejszych meczach poprzedniego sezonu ty również stałeś się jednym z liderów. Trudno wejść w taką rolę, kiedy przed sezonem wiesz, że najczęściej będziesz zmiennikiem?
Tak się złożyło, że poprzez kontuzje dostałem się do podstawowego składu. Ale moja forma na treningach wcześniej też była naprawdę dobra, więc nie byłem szczególnie zaskoczony tym, że później dobrze wyglądało to w meczu.
Problemem była moja kontuzja ze stycznia. Długo wracałem. Nie byłem fizycznie przygotowany na sto procent, ale mogłem nadrabiać techniką, doświadczeniem i dobrą ręką.
Kiedy grasz co trzy dni, a nie masz zbudowanej pełnej wytrzymałości, zaczyna się robić trudno.
„To srebro jest dla mnie bardzo cenne”
Miałeś momenty, kiedy fizycznie zaczynało już brakować paliwa?
Tak. Bywało, że przez dwa sety czułem się bardzo dobrze, a później musiałem już bardzo mocno koncentrować się na tym, żeby utrzymać poziom i nie popełniać prostych błędów.
Nie trenowałem wcześniej tak dużo jak pozostali. Nie skakałem tyle, nie robiłem wszystkich jednostek. Z jednej strony dzięki temu udało się doprowadzić mnie do zdrowia, z drugiej nie byłem przygotowany do grania na pełnym obciążeniu przez kilka spotkań z rzędu.
Dlatego to srebro jest dla mnie bardzo cennym medalem.
Mam poczucie, że naprawdę wywalczyłem je na boisku.
Półfinał z Warszawą był dla ciebie szczególnie ważny?
Bardzo.
Zależało mi wcześniej na ćwierćfinale z Bełchatowem, ale również na rewanżu za Final Four z Warszawą. Czułem, że jeśli przegramy półfinał, to później moglibyśmy nawet skończyć sezon na czwartym miejscu.
Resovia była zespołem bardzo fizycznym, podobnym do nas, ale miała wtedy szerszy skład. My praktycznie funkcjonowaliśmy w bardzo wąskim zestawieniu.
Dlatego bardzo się cieszę, że wtedy moja forma pozwoliła mi pomóc drużynie.
Pięć minut złości. Potem przychodzi świadomość, że zrobiło się coś wielkiego
A piąty finałowy mecz w Sosnowcu? Jak zapamiętałeś moment, kiedy było już wiadomo, że złota nie będzie?
Bolało może przez pięć minut.
Później trzeba było sobie uświadomić, że to i tak jest sukces.
Mieliśmy swoje szanse. Pierwszego seta zagraliśmy naprawdę bardzo dobrze, ale później Zawiercie weszło na jeszcze wyższy poziom. Grali dobrze w obronie, asekuracji, bardzo twardo.
My cały czas goniliśmy, a oni po prostu odjeżdżali i grali swoje.
To była siatkówka na naprawdę wysokim poziomie.
Oczywiście przegrywając finał, jesteś zły. Ale później dociera do ciebie, jak długą drogę przeszedłeś i z jakimi problemami po drodze musiała poradzić sobie drużyna.
„Poprzedni sezon rozbudził moje ambicje”
Nie było tematu, żeby odejść z Lublina?
Rynek transferowy w siatkówce jest specyficzny. Decyzje zapadają bardzo wcześnie. Listopad, grudzień i już wiele rzeczy zaczyna się układać.
Później możesz zagrać świetnie w marcu, kwietniu czy maju, tylko że wtedy większość miejsc jest już zajęta.
Ja i moja rodzina bardzo dobrze czujemy się w Lublinie. To też ma znaczenie.
Wiesz przed sezonem, jaka będzie twoja rola?
Ciężko byłoby mi po poprzednim sezonie reprezentacyjnym Kewina przyjść i powiedzieć: „teraz ja walczę o pierwszy skład i to miejsce jest moje”.
Kewin wygląda bardzo dobrze. Mam z nim kontakt, wiem, że bark już mu tak nie dokucza.
Ale poprzedni sezon rozbudził moje sportowe ambicje.
Nie chcę zostać gdzieś z tyłu. Jeżeli będę zdrowy, będę mocno napierał.
Nie uważam, że jestem na straconej pozycji.
Plecy, które każdego ranka przypominają o sobie
Był w styczniu moment, kiedy pomyślałeś: może to już koniec?
Nie aż tak, ale na pewno nie wyglądało to optymistycznie.
Obraz moich pleców nie jest najlepszy. Tylko że w przypadku sportowca obraz badań nie zawsze odpowiada temu, co później można robić na boisku.
Może wyglądać źle, a później okazuje się, że możesz grać co trzy dni, podróżować i nadal prezentować dobry poziom.
Prawdopodobnie będę te plecy czuł już cały czas. Praktycznie każdego ranka coś tam czuję, ale kiedy się rozruszam, jest już dobrze.
Jestem pod stałą kontrolą. Mamy zmieniony plan treningowy. Nie chcę robić na siłowni rzeczy, które do niczego nie są mi potrzebne, a mogą tylko pogorszyć sytuację.
W poprzednim sezonie przez długi czas praktycznie nie trenowałem rano. Kiedy chłopaki byli na siłowni, ja odpoczywałem i pojawiałem się dopiero na treningu popołudniowym.
Teraz też wszystko jest tak poukładane, żeby maksymalnie dbać o zdrowie.
Cały Globus krzyczy: „Malina!”
Co czujesz, kiedy cała hala krzyczy „Malina”?
Bardzo się z tego cieszę.
Czuję wsparcie kibiców, szczególnie kiedy wychodzę na boisko. Ale kiedy już staję na linii zagrywki, jestem tak skoncentrowany, że naprawdę niewiele do mnie dociera.
Czyli cię to nie tremuje?
Nie. Tego akurat nie mam.
Głowa może dać 20–30 procent
Gdybyś mógł zabrać jedną umiejętność od dowolnego zawodnika ze światowego topu, co byś wybrał?
Blok.
Przecież nie blokujesz źle.
Ale uważam, że tu mam ograniczenia. Nie tyle nawet przez wzrost, co przez eksplozywność z miejsca. Mamy specjalne platformy do pomiarów i to widać.
Z nabiegu jest dobrze, ale z miejsca nie jestem aż tak dynamiczny.
Boli, kiedy dostajesz pojedynczy blok?
Boli.
Na pojedynczym bloku atakujący nie powinien się pomylić.
Ale nie można tego długo rozpamiętywać. W sporcie trzeba mieć krótką pamięć. Za chwilę jest następna akcja.
Całe mistrzostwo polega właśnie na tym, żeby po błędzie natychmiast iść dalej.
Ile procent sukcesu siedzi w głowie?
Trudno podać jedną liczbę, ale wraz z upływem lat coraz bardziej zwraca się uwagę na przygotowanie mentalne.
Myślę, że w niektórych przypadkach głowa może odpowiadać nawet za 20–30 procent.
Sam gram amatorsko w tenisa i tam świetnie to widać. Jesteś sam. Musisz zarządzać emocjami, błędami, kolejnymi punktami. Oglądam też zawodników z tenisowego topu i patrzę, jak reagują w najważniejszych momentach.
To naprawdę dużo uczy.
Piła na zawsze. Ale Lublin jest „skrojony pod moje potrzeby”
Jesteś bardziej pilaninem mieszkającym w Lublinie czy już trochę lublinianinem?
Piła zawsze będzie moim miastem urodzenia. Mam tam większość rodziny, tam zaczynałem grać w siatkówkę.
Ale gdyby Lublin był trochę bliżej Piły, to być może wiązałbym z nim nawet swoje życie po zakończeniu sportu.
Bardzo dobrze mi się tutaj mieszka.
Podoba mi się to miasto, ilość zieleni. Jest właściwie skrojone pod moje potrzeby.
Widać też, że w ostatnich latach dużo się tutaj dzieje. Miasto mocno inwestuje w sport, kulturę, edukację. Jest wiele zespołów grających na najwyższym poziomie.
To wszystko sprawia, że dobrze się tutaj żyje.
„Kocham mówię chyba za rzadko”
Często mówisz „kocham”?
Chyba za rzadko.
Muszę to nadrobić.
Jesteś spontaniczny?
Nie.
Lubię mieć wszystko zaplanowane. Pewnie brakuje mi trochę spontaniczności, ale jeśli przez dziesięć miesięcy w roku żyjesz w określonym rytmie treningów, meczów i wyjazdów, to później trudno nagle całkowicie się z tego przestawić.
Żona już się przyzwyczaiła, że większość rzeczy planujemy trochę wcześniej.
Zdarza ci się wybuchnąć w domu?
Jak każdemu zdarzają się gorsze dni.
Ale naprawdę muszę być mocno zmęczony. Jak do tego jestem głodny, to wiadomo: głodny człowiek, zły człowiek.
Staram się nad tym pracować, bo wiem, że to wynika właśnie ze zmęczenia, a nie z jakiegoś realnego problemu.
Śniadanie dla siebie, śniadanie dla żony…
Gotujesz?
Całkiem sporo.
Mamy małe dziecko, więc trzeba się organizować. Ja zazwyczaj wstaję najwcześniej. Przygotowuję śniadanie dla siebie, inne dla żony, czasem jeszcze drugie śniadanie, a żona w tym czasie może zająć się Marysią.
Obiady robimy na zmianę. Kolacje podobnie.
Dopiero wchodzimy w taki regularny rytm sezonowy, bo wróciliśmy do Lublina i trzeba wszystko poukładać: treningi, opiekę nad dzieckiem, czas dla siebie.
Ja jestem też głównym zaopatrzeniowcem, więc robię zakupy.
I muszę trochę uważać, bo przybyły mi ze dwa czy trzy kilogramy. Teraz wracam do regularnego jedzenia i już widzę, że organizm dobrze na to reaguje.
Marysia zmieniła hierarchię ważności
Co dzisiaj robisz, kiedy zdejmujesz klubowy dres? Kim jest wtedy Mateusz?
Aktualnie moim największym hobby jest moja córka.
Marysia.
Staram się pomagać przy niej jak najwięcej. Mistrzem zabawy jeszcze nie jestem. Żona ma tutaj łatwiej, bo jest nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej, więc mogę ją podpatrywać i się uczyć.
Mam nadzieję, że na kolejnych etapach życia będę dobrym ojcem.
Wiem, jak bardzo starał się mój tata. Pamiętam nasze wspólne wyjazdy, sport, takie męskie rzeczy. To zostaje w człowieku.
A żona w trzech słowach?
Wrażliwa. Pracowita. Kochająca.
Żużel za zgodą żony
Masz jeszcze życie poza siatkówką i rodziną?
Lubię sport w ogóle.
Oglądam tenis, śledzę piłkę nożną, chodzę na żużel.
Mam już nawet kupiony bilet na mecz. Dostałem pozwolenie od żony. Starałem się o nie dwa tygodnie, dlatego robię te wszystkie śniadania.
Czyli już wiemy, skąd ta aktywność w kuchni.
Dokładnie.
Lubię też grać w dart. W Lublinie jest liga, ale trudno mi znaleźć czas, żeby regularnie tam chodzić. W szatni za to gramy praktycznie codziennie.
Lubię również łowić ryby. W tym roku wreszcie kupiłem sobie porządną wędkę i kilka razy udało się wyskoczyć ze szwagrem.
Na razie czasu jest mało, ale to jest hobby, do którego na pewno będę chciał wracać.
95-letnia babcia też ogląda mecze
Kto jest twoim największym wsparciem po meczach? Żona? Rodzice?
Cała rodzina.
Tata jest trenerem, więc wiadomo, że patrzy na to także trochę swoim okiem. Mama bardzo się denerwuje podczas meczów i nie zawsze jest w stanie spokojnie je oglądać.
Żona wspiera.
Mam też 95-letnią babcię, która ogląda moje mecze.
Wujkowie, rodzina… Po dobrym spotkaniu telefon potrafi być pełny wiadomości.
Ale wsparcie jest nie tylko po zwycięstwach. Po porażkach również.
I to jest chyba najważniejsze.
„Nie wiedziałem, że siatkówka będzie moją pracą”
Gdybyś dzisiaj spotkał 15- czy 16-letniego Mateusza, co byś mu powiedział?
Wtedy jeszcze kompletnie nie wiedziałem, że dojdę do miejsca, w którym jestem dzisiaj.
Dopiero pod koniec wieku juniora zacząłem poważniej grać. Zdobyliśmy brązowy medal mistrzostw Polski juniorów. Pełniłem wtedy rolę lidera zespołu i zaczęły pojawiać się pierwsze oferty.
Dziadek cały czas powtarzał mi: najpierw studia, skończ studia, to jest najważniejsze.
Siatkówka była gdzieś obok.
Później przyszła oferta, spróbowałem.
I wtedy jeszcze naprawdę nie wiedziałem, że to stanie się moją pracą.
Dziś jestem tutaj.
Gram na najwyższym poziomie, mam medale, przeżyłem mnóstwo pięknych chwil, ale nadal mam ambicję, żeby udowadniać swoją wartość.
Poprzedni sezon tylko tę ambicję zwiększył.
Bo być może „Malina” potrafi być słodka.
Ale dla przeciwników zdecydowanie woli być cierpka.
Rozmawiał i wywiad przygotował Zielony Trener


