Marcus o zabijaniu, politycznej nienawiści i świecie, w którym słowa przestały być niewinne.
Sześć osób nie żyje.
Sześć ludzkich istnień.
Sześć historii, które ktoś brutalnie przerwał.
Kraków. Rynek Główny. Sobota, 7 listopada.
Miejsce, w którym ludzie od pokoleń umawiają się na spotkania, piją kawę, spacerują, zakochują się i robią zdjęcia.
Nagle rozlegają się strzały.
Ludzie uciekają.
Ktoś upada.
Ktoś próbuje ratować innych.
Ktoś jeszcze nie wie, że za chwilę jego życie zmieni się na zawsze.
A ktoś inny już nigdy nie wróci do domu.
Sześć osób.
Nie sześć punktów w policyjnym komunikacie.
Nie sześć nazwisk w wiadomościach.
Nie sześć kolejnych tematów do internetowej dyskusji.
Sześć światów, które przestały istnieć.
W domu podejrzanego znaleziono jeszcze trzy ciała.
Polska pogrążyła się w żałobie.
I wiecie, co mnie najbardziej przeraża?
Że nawet w obliczu takiej tragedii potrafimy bardzo szybko zacząć zastanawiać się, kto politycznie na niej zyska.
Kto kogo oskarży.
Kto wykorzysta wydarzenia do własnej narracji.
Kto pierwszy opublikuje komentarz.
Kto zdobędzie więcej wyświetleń.
Czy my naprawdę doszliśmy do momentu, w którym nawet śmierć człowieka staje się paliwem dla kolejnej wojny?
Najpierw zabijamy człowieka słowami
Nie wiem jeszcze, dlaczego sprawca krakowskiej tragedii zdecydował się zabijać.
Nie znam wszystkich okoliczności.
Nie zamierzam udawać prokuratora ani psychiatry.
Nie będę też twierdził, że jakikolwiek polityk jest odpowiedzialny za ten konkretny czyn, dopóki nie zostanie wykazany taki związek.
Ale ta tragedia zmusza mnie do zastanowienia się nad światem, który wspólnie stworzyliśmy.
Światem, w którym pogarda stała się czymś zwyczajnym.
W którym obrażanie innych jest dowodem odwagi.
W którym upokarzanie przeciwnika uchodzi za błyskotliwość.
W którym człowiek mający inne poglądy przestaje być człowiekiem, a zaczyna być wrogiem.
Zastanówmy się, jak często słyszymy słowa, które jeszcze kilkanaście lat temu wywołałyby oburzenie.
Zdrajca.
Śmieć.
Bydło.
Wróg narodu.
Sprzedawczyk.
Kanalia.
Ile razy widzieliśmy publiczne życzenia śmierci?
Ile razy ktoś pisał, że określoną grupę ludzi należałoby usunąć z życia publicznego?
Ile razy pod takimi wpisami pojawiały się setki polubień?
Nie, obraźliwe słowo nie jest tym samym co zabójstwo.
I nie każdy człowiek używający brutalnego języka stanie się przestępcą.
Ale jeżeli przez lata uczymy społeczeństwo pogardy, nie powinniśmy dziwić się, że pogarda zaczyna być traktowana jak coś normalnego.
A to już jest bardzo niebezpieczne.
Politycy się kłócą. Ludzie zaczynają się nienawidzić.
Przyglądam się polskiej polityce od wielu lat.
I coraz częściej odnoszę wrażenie, że przestaliśmy być dla polityków obywatelami.
Staliśmy się elektoratami.
Grupami docelowymi.
Słupkami w sondażach.
Liczbami, które trzeba odpowiednio zmobilizować.
A czym najłatwiej mobilizować?
Strachem.
Gniewem.
Poczuciem zagrożenia.
Przekonaniem, że po drugiej stronie stoi ktoś, kto chce nam odebrać wszystko, co kochamy.
Wystarczy powiedzieć człowiekowi, że jego ojczyzna jest zagrożona.
Że jego wartości są zagrożone.
Że jego dzieci są zagrożone.
A później wskazać winnego.
I już.
Nie trzeba tłumaczyć skomplikowanych problemów.
Nie trzeba przedstawiać programu.
Nie trzeba przekonywać argumentami.
Wystarczy wskazać wroga.
Bo człowiek, który się boi, znacznie łatwiej daje się przekonać, że musi walczyć.
A polityczna walka?
Ona bardzo często kończy się wraz z zamknięciem telewizyjnego studia.
Politycy wracają do swoich domów.
Do rodzin.
Do wygodnych gabinetów.
Do kolejnych spotkań.
A zwykli ludzie zostają z emocjami, które ktoś w nich rozpalił.
Z gniewem.
Z podejrzliwością.
Z przekonaniem, że sąsiad głosujący inaczej jest zagrożeniem.
I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy problem.
Oni walczą o władzę. My tracimy przyjaciół.
Mam znajomych o bardzo różnych poglądach.
Nie ze wszystkimi się zgadzam.
Z niektórymi potrafię się porządnie pokłócić.
Ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby z powodu odmiennego zdania odbierać im godność.
Tymczasem obserwuję, jak polityczne podziały wchodzą do naszych domów.
Rodziny przestają ze sobą rozmawiać.
Przyjaciele zrywają wieloletnie znajomości.
Ludzie obrażają się przy świątecznych stołach.
Sąsiedzi patrzą na siebie z niechęcią.
Dlaczego?
Bo jeden głosuje na tych, a drugi na tamtych.
I zastanawiam się, czy ktokolwiek z tych ludzi zadał sobie pytanie:
Czy polityk, w którego obronie obrażam własnego brata, zrobiłby dla mnie to samo?
Czy zadzwoniłby, gdybym zachorował?
Czy pomógłby mojemu dziecku?
Czy odwiedziłby mnie w szpitalu?
Czy zainteresowałby się tym, że straciłem pracę?
Nie znam odpowiedzi w każdym przypadku.
Ale wiem, że politycy przychodzą i odchodzą.
Partie powstają i znikają.
Koalicje się zmieniają.
Wczorajsi wrogowie potrafią zostać sojusznikami.
A rodzina?
Rodzina pozostaje.
Przynajmniej powinna.
Nie oddawajmy ludzi, których kochamy, w zamian za polityków, którzy często nawet nie wiedzą o naszym istnieniu.
Zdrada, kłamstwo, opluwanie. A gdzie są zasady?
Pamiętam czasy, kiedy publiczne przyłapanie polityka na kłamstwie mogło być powodem do poważnego kryzysu.
Dzisiaj często wystarczy powiedzieć, że przeciwnicy kłamią bardziej.
I sprawa załatwiona.
Jedni oskarżają drugich o zdradę.
Drudzy odpowiadają oskarżeniami o korupcję.
Jedni mówią o zamachu na demokrację.
Drudzy o niszczeniu państwa.
Oczywiście nie każde oskarżenie jest bezpodstawne. Niektóre dotyczą rzeczywistych naruszeń prawa i wymagają wyjaśnienia.
Ale coraz częściej ginie gdzieś podstawowa zasada.
Jeżeli zarzucasz komuś przestępstwo, przedstaw dowody. Jeżeli się pomyliłeś, przeproś.
Czy to naprawdę takie trudne?
Dlaczego człowiek, który kłamie, tak często może następnego dnia wystąpić przed kamerami i znowu pouczać innych o moralności?
Dlaczego publiczne upokarzanie stało się elementem politycznej strategii?
Dlaczego przyzwoitość bywa przedstawiana jako słabość?
Władysław Bartoszewski powiedział kiedyś:
„Warto być przyzwoitym”.
I mam wrażenie, że dzisiaj trzeba to przypominać znacznie częściej.
Bo przyzwoitość nie polega na tym, że jesteśmy uczciwi wyłącznie wobec ludzi, którzy myślą tak samo jak my.
Przyzwoitość zaczyna się wtedy, kiedy potrafimy zachować szacunek również wobec człowieka, z którym głęboko się nie zgadzamy.
A w tle zawsze pojawia się władza
Nie chcę upraszczać świata i twierdzić, że każdy polityk kieruje się wyłącznie pieniędzmi.
Byłoby to nieuczciwe.
Ale nie zamierzam również udawać, że polityka jest działalnością całkowicie bezinteresowną.
Władza daje wpływy.
Daje możliwość obsadzania stanowisk.
Daje dostęp do decyzji dotyczących ogromnych publicznych pieniędzy.
Daje prestiż.
Daje możliwości budowania politycznych i zawodowych karier.
Dlatego warto pytać, kto odnosi korzyści z nieustannego konfliktu.
Bo konflikt potrafi być bardzo użyteczny.
Kiedy ludzie kłócą się o to, która partia jest bardziej patriotyczna, znacznie trudniej prowadzić spokojną rozmowę o wydatkach publicznych.
Kiedy społeczeństwo zajmuje się kolejną awanturą, mniej uwagi pozostaje na analizowanie decyzji rządzących.
Kiedy każdą krytykę można przedstawić jako atak polityczny, łatwiej uniknąć odpowiedzi na niewygodne pytania.
I to dotyczy każdego, kto sprawuje władzę.
Bez względu na partyjne barwy.
Bo władza, której nikt nie rozlicza, zawsze staje się niebezpieczna.
A kto ponosi koszty tej wojny?
My.
Zwykli ludzie.
Ci, którzy rano wstają do pracy.
Płacą podatki.
Wychowują dzieci.
Martwią się rachunkami.
Próbują zapewnić rodzinie bezpieczeństwo.
My ponosimy społeczne koszty podziałów.
My tracimy relacje.
My uczymy nasze dzieci, że człowieka o innych poglądach można publicznie poniżać.
I to właśnie dzieci obserwują nas najdokładniej.
Słuchają, jak mówimy o politykach.
Jak komentujemy wiadomości.
Jak reagujemy na cudzą porażkę.
Jak cieszymy się z upokorzenia przeciwnika.
A później dziwimy się, że młodzi ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać.
Skąd mają się tego nauczyć, skoro dorośli coraz częściej pokazują im, że najważniejsze jest zwycięstwo, nawet kosztem drugiego człowieka?
Kraków powinien nas zatrzymać
Nie chcę wykorzystywać śmierci sześciu osób do udowadniania własnych poglądów politycznych.
Nie chcę też, żeby ktokolwiek robił to w moim imieniu.
Motyw krakowskiego napastnika wymaga rzetelnego wyjaśnienia.
Nie wolno zastępować ustaleń śledczych politycznymi domysłami.
Ale tragedia może być powodem do zadania pytań o nasze społeczeństwo.
O przemoc.
O samotność.
O radykalizację.
O łatwość dostępu do niebezpiecznych narzędzi.
O odpowiedzialność za publiczne słowa.
O to, czy potrafimy zauważać zagrożenia, zanim ktoś zostanie skrzywdzony.
I przede wszystkim o to, czy jesteśmy jeszcze zdolni do wspólnego przeżywania tragedii.
Bez natychmiastowego dzielenia się na obozy.
Bez szukania politycznych korzyści.
Bez wyścigu o to, kto pierwszy wskaże winnych.
Bo może właśnie w takich chwilach powinniśmy przypominać sobie, że zanim zostaliśmy wyborcami, byliśmy ludźmi.
Dialog grozi zrozumieniem
Napisałem niedawno, że dialog grozi zrozumieniem.
I dzisiaj te słowa wydają mi się jeszcze ważniejsze.
Bo człowiek, z którym zaczynamy rozmawiać, przestaje być anonimowym wrogiem.
Zaczynamy poznawać jego historię.
Jego obawy.
Jego doświadczenia.
Czasami okazuje się, że mimo różnych poglądów mamy bardzo podobne problemy.
Martwimy się o dzieci.
O zdrowie rodziców.
O pracę.
O przyszłość.
Chcemy żyć bezpiecznie.
Chcemy być szanowani.
Chcemy mieć poczucie, że nasze życie ma znaczenie.
I nagle okazuje się, że różni nas znacznie mniej, niż próbowano nam wmówić.
Nie oznacza to, że wszystkie poglądy są równie słuszne ani że powinniśmy tolerować groźby czy nawoływanie do przemocy.
Oznacza jedynie, że nie musimy nienawidzić człowieka, żeby stanowczo sprzeciwiać się jego poglądom.
Można walczyć z kłamstwem, nie nienawidząc kłamcy. Można sprzeciwiać się pogardzie, samemu nie okazując pogardy.
Nie ma niewinnych słów?
Słowa mają znaczenie.
Nie każde obraźliwe zdanie prowadzi do przemocy.
Nie każdy agresywny komentarz jest zapowiedzią przestępstwa.
Ale język, którym opisujemy innych ludzi, wpływa na sposób, w jaki ich postrzegamy.
Jeżeli przez lata nazywamy przeciwników zdrajcami, pasożytami i wrogami, możemy zacząć zapominać, że za tymi określeniami stoją prawdziwi ludzie.
Ludzie mający rodziny.
Dzieci.
Rodziców.
Marzenia.
I prawo do życia.
Dlatego odpowiedzialność za słowa nie jest cenzurą.
Nie oznacza zakazu krytyki.
Nie oznacza konieczności zgadzania się ze wszystkimi.
Oznacza świadomość, że wolność słowa nie zwalnia nas z odpowiedzialności za sposób, w jaki z niej korzystamy.
Zwłaszcza wtedy, kiedy nasze słowa docierają do tysięcy albo milionów odbiorców.
Dzisiaj nie chcę kolejnej politycznej awantury
Dzisiaj nie interesuje mnie, kto wygra następny sondaż.
Kto zdobędzie więcej mandatów.
Kto kogo obraził.
Kto przygotował bardziej złośliwy wpis.
Kto będzie miał ostatnie słowo.
Dzisiaj myślę o sześciu osobach, które wczoraj zginęły w Krakowie.
O ich rodzinach.
O rannych.
O policjantach, którzy ryzykowali życie, żeby zatrzymać napastnika.
O ratownikach.
O świadkach, którzy będą musieli żyć z pamięcią tych wydarzeń.
I o tym, że za kilka dni media zajmą się czymś innym.
Politycy wrócą do swoich sporów.
Internet znajdzie kolejny powód do oburzenia.
A rodziny ofiar pozostaną z pustką, której nie da się wypełnić.
Nie chcę, żeby ta tragedia stała się kolejnym narzędziem politycznej walki.
Chcę, żeby stała się powodem do refleksji.
STOP!
Mam dzisiaj dość.
Dość pogardy.
Dość publicznego upokarzania.
Dość dzielenia ludzi na lepszych i gorszych.
Dość przekonywania nas, że człowiek o innych poglądach jest naszym wrogiem.
Dość politycznego teatru, w którym najważniejsze jest pokonanie przeciwnika, a nie rozwiązanie problemu.
I dość milczenia wtedy, kiedy ktoś przekracza granice zwyczajnej przyzwoitości.
Nie oczekuję, że politycy przestaną się spierać.
Spór jest częścią demokracji.
Nie oczekuję też świata, w którym wszyscy będą mieli takie same poglądy.
Byłby to świat niebezpieczny.
Oczekuję jednak, że ludzie mający wpływ na opinię publiczną zaczną traktować swoją odpowiedzialność poważnie.
Że nie będą usprawiedliwiać gróźb tylko dlatego, że wypowiada je ktoś z ich obozu.
Że przestaną nagradzać pogardę oklaskami.
Że zaczną przepraszać za kłamstwa.
Że będą umieli powiedzieć własnym zwolennikom:
„Nie. Tak nie wolno. Nawet wobec naszych przeciwników”.
Bo prawdziwa odwaga nie polega na tym, że potrafimy obrazić człowieka, którego nie lubimy.
Polega na tym, że potrafimy stanąć w jego obronie, kiedy ktoś odbiera mu godność.
Jeszcze jedno. Najważniejsze.
Wyobraźcie sobie zwyczajny sobotni poranek.
Ktoś wychodzi z domu.
Mówi, że wróci za godzinę.
Może idzie na spacer.
Może spotkać się z przyjaciółmi.
Może kupić coś na obiad.
Nie żegna się szczególnie.
Nie mówi wielkich słów.
Bo przecież wróci.
Zawsze wracał.
A potem przychodzi telefon.
I świat się kończy.
Nie ma już znaczenia, kto wygrał polityczną debatę.
Kto miał rację w internetowej kłótni.
Kto zdobył więcej głosów.
Kto kogo nazwał zdrajcą.
Kto kogo upokorzył.
Zostaje jedno pytanie.
Dlaczego?
I pustka.
Dlatego dzisiaj chciałbym powiedzieć coś wszystkim, którzy zawodowo lub dla własnej satysfakcji karmią ludzi nienawiścią.
Politykom.
Komentatorom.
Dziennikarzom.
Internetowym prowokatorom.
I nam samym.
PRZESTAŃCIE.
Nie dlatego, że każda ostra wypowiedź prowadzi do zabójstwa.
Nie dlatego, że już wiemy, co kierowało sprawcą tragedii w Krakowie.
Ale dlatego, że społeczeństwo, które przyzwyczaja się do pogardy, staje się gorszym miejscem do życia.
A my mamy obowiązek zrobić wszystko, żeby nie stało się również miejscem bardziej niebezpiecznym.
Bo kiedy kończy się polityczny spektakl, jego uczestnicy mogą wrócić do domów.
Ofiary prawdziwej przemocy już nie wrócą.
I może właśnie o tym powinniśmy pamiętać, zanim po raz kolejny napiszemy, że ktoś zasługuje na śmierć tylko dlatego, że myśli inaczej.
Nie musicie się kochać. Nie musicie się zgadzać. Ale przestańcie uczyć ludzi nienawiści.
Bo życie człowieka jest warte więcej niż wszystkie wasze stanowiska, wpływy, pieniądze i polityczne zwycięstwa razem wzięte.
STOP.
Marcus
„Nie tylko dla akademików”


