Falowanie i spadanie. Chełm wygrywa, choć chwilami bolały zęby

5 min. czytania
Jędrzej Gruszczyński

Podziemia Kredowe ChKS Chełm pokonały NEONET Norwid Częstochowa 3:2. Są dwa punkty i kolejne zwycięstwo, ale też sporo materiału do przemyślenia. Gruszczyński ratował, Amir kończył ważne piłki, a Louati z każdą minutą wyglądał lepiej. Ten zespół powoli się rodzi. Tylko dlaczego musi to kosztować tyle nerwów?

- Reklama -

Zwycięzców podobno się nie krytykuje, więc może powinienem przemilczeć to, co bardzo nie podobało mi się w grze chełmskiego zespołu. Spróbuję, chociaż niczego nie obiecuję.

- Reklama -

Obstawiałem 3:1. Po tym, co zobaczyłem, nadal uważam, że można było wygrać 3:1, a nawet 3:0. Tymczasem Podziemia Kredowe zagrały w rytm znanej piosenki: „Falowanie i spadanie”. Dobre fragmenty przeplatały się z takimi, podczas których człowiek zastanawiał się, dlaczego ta sama drużyna chwilę wcześniej potrafiła grać zupełnie inaczej.

Pierwszy wniosek? Yacine Louati powinien zaczynać rozgrzewkę godzinę, a najlepiej półtorej godziny przed kolegami. Może wtedy już na pierwszą piłkę wyjdzie w takiej dyspozycji, jaką pokazywał później. Im dłużej trwał mecz, tym lepiej grał. Problem w tym, że punkty z początku spotkania liczą się dokładnie tak samo jak te z końcówki.

Nie pomagał mu Jay Blankenau. W pierwszym secie pięć kolejnych piłek posłał właśnie do Louatiego, a ten odbijał się od bloku. Rozumiem chęć przełamania zawodnika. Ale pięć razy z rzędu? W pewnym momencie trzeba poszukać innego rozwiązania.

Jay miał słabszy dzień i nie będę się nad tym długo rozwodził. Wszyscy wiemy, co potrafi. Bywają rozegrania genialne, ale bywają też takie, od których bolą zęby. W tym spotkaniu tych drugich było za dużo.

Na szczęście Chełm miał Jędrzeja Gruszczyńskiego. Dla mnie obecnie najlepszego zawodnika tej drużyny. Podbijał to, co powinien, a przy okazji jeszcze to, czego nie podbił ktoś inny. Ratował akcje, bardzo dobrze przyjmował zagrywkę i utrzymywał zespół w grze. Moim zdaniem bez niego ten mecz mógł skończyć się porażką 0:3.

Statuetkę MVP dostał jednak Amir Esfandiar. Po spotkaniu rozmawiałem z komisarzem zawodów Albertem Semeniukiem, który przecież pochodzi z Chełma. Powiedział mi, że wahał się właśnie między Amirem a Gruszczyńskim. Przesądziły trzy ważne piłki skończone przez Esfandiara w piątym secie.

Rozumiem ten wybór. Amir punktował, a w momentach, w których naprawdę trzeba było wziąć odpowiedzialność, nie zawiódł. Ja bardzo mocno doceniam pracę Jędrzeja, dzięki której Chełm w ogóle dotarł do rozstrzygającej partii.

Drugi ważny wniosek dotyczy rozegrania. Z Yukim Imahashim chełmski zespół wygląda lepiej. Dużo lepiej. Japończyk zadomowił się już w Chełmie i jest bardzo dobrym duchem tej drużyny. Energią i pozytywnym nastawieniem przypomina mi Tomohiro Ogawę z Lublina. To podobny charakter. Cieszy się grą, reaguje, żyje każdą akcją i przekazuje tę energię kolegom.

Chciałbym też oglądać więcej gry środkiem. Od początku sezonu ta formacja funkcjonuje dobrze. Czy gra Łukasz Swodczyk, Jakub Turski, Mariusz Marcyniak, czy występujący w pierwszym spotkaniu Cezary Sapiński, są podstawy, żeby korzystać z niej częściej. Tym bardziej gdy na skrzydłach zaczynają się kłopoty.

Trzeba odnotować bardzo dobre wejścia Jakuba Olszewskiego na zagrywkę. Ten chłopak rośnie z meczu na mecz. Dostaje swoje zadania i daje drużynie coraz więcej powodów, żeby na niego liczyć.

Doczekał się również Aleksander Nowik. Czwarty mecz zespołu w sezonie i dopiero jego pierwsze wejście na parkiet. Podołał. Przyjął zagrywkę, a po jego pozytywnym przyjęciu Chełm zdobył punkt. Niby niewielki fragment spotkania, ale dla młodego zawodnika takie akcje mają znaczenie. Będzie z niego pociecha.

Gra Podziemi Kredowych pozostaje daleka od tego, na co tę drużynę stać. Wciąż za dużo jest przestojów, nierównych fragmentów i komplikowania sobie życia. Najważniejsze jednak, że mecz został wygrany. Szkoda trzeciego punktu, oczywiście. Dzisiaj większe znaczenie ma dla mnie samo zwycięstwo.

Powoli widać, jak rodzi się ten zespół. Zawodnicy zaczynają odnajdywać swoje miejsce, zmiennicy dają coś od siebie, a trudne momenty nie muszą już oznaczać porażki. Myślę, że jeszcze dwa, trzy mecze i wszystko może wyglądać tak, jak powinno od początku sezonu.

A Louatiego na następną rozgrzewkę zaprosiłbym jednak trochę wcześniej.

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy