Maksymilian Maria Kolbe.29 lipca 1941 roku. Człowiek wyszedł z szeregu

Marcus Pryszberg
4 min. czytania
Rysunek Mariana Kołodzieja przedstawiający o. Maksymiliana Kolbe pt. "Kolbe ratuje" w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Fot. PAP/Adam Warżawa

Są takie chwile w historii, których nie da się opisać wyłącznie datą, liczbą ofiar czy suchym komunikatem. Są momenty, w których człowiek staje naprzeciwko zła i podejmuje decyzję, która przekracza granice strachu, rozsądku, a nawet instynktu przetrwania.

- Reklama -

29 lipca 1941 roku podczas apelu w niemieckim obozie Auschwitz franciszkanin Maksymilian Maria Kolbe dobrowolnie zgodził się oddać życie za współwięźnia Franciszka Gajowniczka.

- Reklama -

Jeden z więźniów uciekł z obozu. W odwecie zastępca komendanta Karl Fritzsch wybrał dziesięciu ludzi, którzy mieli umrzeć z głodu. Wśród nich znalazł się Gajowniczek. Gdy usłyszał wyrok, zaczął rozpaczać. Myślał o żonie, o dzieciach, o życiu, które miało zakończyć się w ciemnej piwnicy bloku 11.

Wtedy z szeregu wyszedł ojciec Maksymilian.

W miejscu, gdzie za najmniejszy gest sprzeciwu można było zostać zastrzelonym, zakonnik podszedł do niemieckiego oficera i poprosił, aby zająć miejsce skazanego.

Esesman się zgodził.

Dziś możemy próbować wyobrazić sobie tamtą scenę. Plac apelowy. Tysiące wychudzonych więźniów. Krzyki strażników. Strach. Cisza. I człowiek, który robi krok do przodu, wiedząc, że ten krok prowadzi prosto do śmierci.

Maksymilian Kolbe trafił do Auschwitz 28 maja 1941 roku z więzienia na Pawiaku w Warszawie. W bunkrze głodowym przeżył około dwóch tygodni. Gdy inni skazani kolejno umierali, on wciąż żył. 14 sierpnia 1941 roku został zabity zastrzykiem fenolu. Śmiercionośną substancję podał mu niemiecki więzień kryminalny Hans Bock.

Kilka tygodni wcześniej ojciec Maksymilian powiedział do współwięźnia Józefa Stemlera słowa, które po latach brzmią jak testament:

„Nienawiść nie jest siłą twórczą. Siłą twórczą jest miłość”.

To nie jest jedynie zdanie zapisane w podręcznikach. To odpowiedź człowieka na system, który został zbudowany właśnie na nienawiści. System, który odbierał ludziom nazwiska, godność, rodziny i życie. Kolbe pokazał, że nawet w miejscu stworzonym do odczłowieczania można pozostać człowiekiem.

Franciszek Gajowniczek przeżył obóz i wojnę. Zmarł w 1995 roku w wieku 94 lat. Został pochowany na cmentarzu franciszkanów w Niepokalanowie. Przez kolejne dziesięciolecia dawał świadectwo o człowieku, który uratował mu życie.

Maksymilian Kolbe został beatyfikowany przez papieża Pawła VI w 1971 roku. Jedenaście lat później Jan Paweł II ogłosił go świętym i męczennikiem miłości. Był pierwszym polskim męczennikiem z okresu II wojny światowej wyniesionym na ołtarze.

W 85. rocznicę jego męczeńskiej śmierci w Harmężach i na terenie byłego niemieckiego obozu Auschwitz odbędą się uroczystości religijne. Ich centralnym punktem będzie msza święta odprawiona 14 sierpnia przy Bloku Śmierci.

Wcześniej w Centrum św. Maksymiliana w Harmężach odbędzie się nabożeństwo „Transitus”. Odczytany zostanie opis ostatnich dni zakonnika, przygotowany na podstawie dokumentów, zeznań oraz świadectw. Wierni usłyszą również jedyny list, który Maksymilian wysłał z obozu do swojej matki.

Następnie uczestnicy przejadą do byłego obozu Auschwitz. Połączą się z pielgrzymami idącymi z kościoła św. Maksymiliana w Oświęcimiu i wspólnie przejdą przez historyczną bramę z napisem „Arbeit macht frei”.

Wieńce zostaną złożone na placu apelowym, gdzie zakonnik wystąpił z szeregu, pod Ścianą Śmierci oraz w podziemiach bloku 11, przy celi, w której konał.

Niemcy utworzyli obóz Auschwitz w 1940 roku, początkowo z przeznaczeniem do więzienia Polaków. Dwa lata później powstał Auschwitz II-Birkenau, który stał się jednym z głównych miejsc zagłady europejskich Żydów.

W całym kompleksie obozowym Niemcy zamordowali co najmniej 1,1 miliona ludzi. Większość stanowili Żydzi. Spośród około 140–150 tysięcy deportowanych do Auschwitz Polaków zginęła niemal połowa. Mordowano tam również Romów, sowieckich jeńców wojennych oraz przedstawicieli wielu innych narodowości.

W tej ogromnej liczbie ofiar kryją się pojedyncze twarze, nazwiska i historie.

Jedną z nich jest historia człowieka, który wyszedł z szeregu.

Nie miał broni. Nie dowodził armią. Nie mógł zatrzymać niemieckiej machiny śmierci. Mógł jednak uratować jedno życie.

I właśnie to zrobił.

Marcus Pryszberg

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy