W polskim internecie sukces daje wiele możliwości. Daje też pewność, że wcześniej czy później ustawi się kolejka ludzi gotowych publicznie rozliczyć człowieka z każdego zdania, każdej decyzji i każdej zarobionej złotówki. Oczywiście w imię zasad. Własne wyświetlenia rosną przy okazji.
Najpierw grillowano Książula. Człowieka, który zbudował rozpoznawalność na jeżdżeniu po lokalach, jedzeniu i mówieniu, czy mu smakuje. Pizza, kebab, burger. Tutaj dobrze, tam przeciętnie, gdzie indziej szkoda pieniędzy. Jego podniebienie, jego doświadczenie, jego ocena. Warto o tej subiektywności pamiętać, nawet gdy za recenzentem stoją miliony widzów.
Kiedy w Żabce pojawiła się pizza sygnowana jego marką, ruszyły oskarżenia o sprzedanie się i utratę wiarygodności. Książulo tłumaczył, że sprzedaje własny produkt, a sieć zapewnia mu dystrybucję. Część odbiorców przypominała jego wcześniejsze deklaracje dotyczące współprac gastronomicznych.
O tę konsekwencję można pytać. Jeśli ktoś wcześniej budował pozycję na niezależności, a później wprowadza własny produkt, odbiorcy mają prawo sprawdzić, czy jego zasady rzeczywiście się nie zmieniły. Można porównać wcześniejsze wypowiedzi z obecną działalnością. Można kupić pizzę, spróbować jej i powiedzieć, że jest kiepska, za droga albo niewarta ponownego zakupu. Recenzent, który wprowadza własny produkt, musi liczyć się z oceną równie surową jak ta, którą sam wystawia innym.
To jest uzasadniona krytyka. Opiera się na faktach, dotyczy konkretnej decyzji i zostawia przestrzeń na odpowiedź. Nie wymaga udowadniania, że człowiek jest oszustem, hipokrytą albo moralnym bankrutem.
Bo od pytania o konsekwencję do publicznego linczu jest jednak kawał drogi.
Czy naprawdę samo wejście w biznes ma być powodem do wstydu? Czy człowiek, który zbudował markę, powinien przepraszać za to, że chce na niej zarabiać? I ilu spośród oburzonych odrzuciłoby podobną propozycję, gdyby pewnego dnia zadzwonił ich telefon?
Nie znam odpowiedzi. Podejrzewam jednak, że niejeden płomienny wykład o zasadach skończyłby się w chwili przedstawienia warunków umowy.
Hipokryzja zaczyna się właśnie wtedy, gdy własne zarabianie nazywamy przedsiębiorczością, a cudze sprzedaniem się. Gdy sobie przyznajemy prawo do rozwoju, a komuś innemu wyznaczamy dożywotnią rolę człowieka z kamerą, który ma nas zabawiać i przypadkiem nie zarobić za dużo.
I właśnie dlatego przykład Książula płynnie prowadzi do kolejnej internetowej afery. W obu przypadkach można wskazać realny problem i zadać niewygodne pytania. W obu przypadkach można też przekroczyć granicę, za którą nie chodzi już o wyjaśnienie sprawy, lecz o ukaranie człowieka za to, że stał się widoczny.
Teraz na celowniku znalazła się Andziaks.
Przesłuchałem całość jej wypowiedzi. I dla mnie sens jest inny niż ten, który można wyciągnąć z samej końcówki zdania o tym, że bardzo chciałaby rozliczać się za granicą. Odbieram to jako rozważanie: płacę w Polsce duże podatki, więc gdybym mogła płacić mniejsze gdzie indziej, oczywiście byłoby to dla mnie korzystniejsze. To jeszcze nie jest zapowiedź przeniesienia rozliczeń ani deklaracja, że zamierza przestać płacić w Polsce.
W tej samej wypowiedzi mówiła przecież, że rozlicza się tutaj i ma świadomość tego obowiązku. Narzekała na wysokość obciążeń, które sama określała jako bardzo duże. Przywoływała prywatne wizyty u lekarzy i wydatki ponoszone z własnej kieszeni. Ten kontekst również należy pokazać.
Można jej wytknąć, że sprowadziła wspólne dobro do usług, za które bezpośrednio płaci. Można przypomnieć o drogach, bezpieczeństwie i całej infrastrukturze. Można wyjaśnić, czego w jej rozumowaniu zabrakło. Ale czy naprawdę trzeba przy okazji człowieka ukamieniować?
Wśród komentujących sprawę znalazł się Paweł Paczul. Tematem zajął się także TVN24, publikując komentarz Sabiny Kołodziej, psycholożki i ekonomistki z Akademii Leona Koźmińskiego, o brakach w edukacji ekonomicznej.
Dobrze, rozmawiajmy o edukacji. Dorzućmy do niej również edukację medialną. Umiejętność odróżniania krytyki wypowiedzi od upokarzania jej autora. Czytania dalej niż nagłówek. Sprawdzania, co padło przed fragmentem krążącym w sieci i co zostało powiedziane później.
Panie Pawle, redakcjo TVN i wszyscy samozwańczy moralni zbawiciele świata: trochę proporcji. Zanim zaczniecie rozliczać innych z przyzwoitości, spójrzcie także na własny sposób prowadzenia tej dyskusji. Na język, na dobór fragmentów, na gotowość do wysłuchania odpowiedzi.
Andziaks później przyznała się do błędu i przeprosiła. Zapewniła również, że jej firmy rozliczają się w Polsce i nie planuje przenosić rozliczeń za granicę. To jest istotna część tej historii.
A wtedy pojawił się kolejny temat: zrobiła to w piżamie. Bez makijażu. Ze łzami. Nawet forma przeprosin stała się przedmiotem podejrzeń i ironicznych uwag. W jednym z artykułów przedstawiono ją jako działanie zgodne z „podręcznikiem dla influencerów”.
Naprawdę? Człowiek przyznaje, że powiedział coś głupiego, a wy zaczynacie analizować jego ubranie?
Ja widzę w tym nagraniu osobę, którą ta sytuacja zabolała. Która usiadła przed kamerą w domowym ubraniu i postanowiła wyjaśnić sprawę. Nie mam powodu, żeby z samej piżamy czy braku makijażu robić dowód wyrachowania.
Co właściwie powinna zrobić? Powiedzieć: poczekajcie, najpierw się umaluję, poprawię włosy, ustawię dobre światło i dopiero wtedy będę mogła was przeprosić?
Podejrzewam, że wówczas usłyszałaby, że wszystko jest zbyt wystudiowane. Za ładnie wygląda, za spokojnie mówi, za dobrze przygotowała nagranie. Jeśli z góry przyjmiemy, że każda reakcja jest manipulacją, człowiek nie ma już żadnej możliwości odpowiedzi.
Przeprosiny można ocenić. Można czekać, czy pójdzie za nimi zmiana. Ale wyśmiewanie zapłakanej osoby za to, w czym usiadła przed kamerą, niewiele wnosi do rozmowy o podatkach. Za to bardzo dużo mówi o poziomie tej rozmowy.
Patrzcie najpierw na siebie, później rozliczajcie innych. A jeżeli domagacie się refleksji, miejcie choć odrobinę przyzwoitości, żeby jej wysłuchać, kiedy ktoś próbuje wyjaśnić swój błąd.
Ta sama miara obowiązuje Paczula, TVN, mnie i każdego, kto publicznie zabiera głos. Liczba obserwujących nie rozstrzyga, kto ma rację. Ani milion subskrybentów nie daje immunitetu, ani mniejszy profil nie jest certyfikatem moralnej wyższości.
Mam coraz większy problem z internetowym oburzeniem, które tak znakomicie nadaje się do monetyzowania. Znana twarz, mocny zarzut, pogardliwy komentarz. Materiał gotowy. A potem można jeszcze opowiedzieć odbiorcom, że wszystko powstało z troski o standardy.
Bywa, że powstało. Czasem publiczne nagłośnienie sprawy jest potrzebne, bo ktoś rzeczywiście nadużywa wpływu, wprowadza ludzi w błąd albo unika odpowiedzialności. Nie każda fala krytyki jest linczem. Nie każda ostra reakcja jest przesadą. Osoby publiczne muszą liczyć się z tym, że ich słowa będą analizowane dokładniej niż słowa prywatnych użytkowników.
Granica zostaje przekroczona wtedy, gdy krytyka przestaje dotyczyć konkretu, a zaczyna służyć odczłowieczeniu. Gdy zamiast sprawdzać fakty, dopisuje się intencje. Gdy przeprosiny stają się kolejnym materiałem do szyderstwa. Gdy pomija się wszystko, co komplikuje prostą opowieść o winowajcy i oburzonych.
Kto świadomie usuwa kontekst, przemilcza istotne wyjaśnienia i dopisuje człowiekowi intencje, których nie potrafi wykazać, sam łamie zasady, w obronie których rzekomo występuje. Dla mnie to właśnie jest obrzydliwa hipokryzja.
Rozumiem pokusę wyświetleń. Sam miesiąc temu miałem na swoim profilu 6,5 miliona, teraz mam około 3 milionów. Wiem, jak to faluje. Dzisiaj materiał niesie się szeroko, jutro znika w tłumie. Popularność nie jest etatem z gwarantowaną wypłatą.
Dlatego rozumiem również twórców, którzy próbują przekuć chwilę zainteresowania w coś trwalszego. Produkt, markę, firmę. Można oceniać, jak to robią. Można pytać o jakość, cenę, wiarygodność i zgodność z wcześniejszymi deklaracjami. Trudno jednak wymagać, żeby zrezygnowali z takiej możliwości tylko dlatego, że komuś ich sukces zaczął przeszkadzać.
W przypadku Książula pytanie powinno brzmieć: czy własny produkt podważa jego wcześniejszą wiarygodność i czy jest wart swojej ceny? W przypadku Andziaks: co rzeczywiście powiedziała o podatkach, jak wyjaśniła swoje słowa i czy uwzględniamy te wyjaśnienia w ocenie całej sprawy? To są pytania konkretne. Można na nie odpowiadać faktami.
Pytanie „czy ta osoba zasługuje na publiczne upokorzenie?” nie prowadzi już do żadnej sensownej odpowiedzi. Ono zakłada, że celem jest ukaranie człowieka.
I właśnie tutaj przypomina mi się Gombrowiczowskie przyprawianie gęby. Człowiek zostaje zamknięty w cudzym uproszczeniu. Potem może wyjaśniać, prostować i przepraszać, ale etykieta już krąży.
Jeden zostaje na zawsze tym, który się sprzedał. Druga tą, która nie chce płacić podatków. Wszystko łatwe do zapamiętania, wygodne do powtarzania i coraz mniej podobne do pełnej historii.
W takich chwilach wraca do mnie zdanie z piosenki Anny Marii Jopek: „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam”.
Bo można mieć dość świata, w którym cudzy błąd staje się okazją do urządzenia wielodniowego widowiska, a przyzwoitość przegrywa z atrakcyjnym tytułem.
Krytykujcie. Sprawdzajcie. Zadawajcie niewygodne pytania. Rozliczajcie osoby publiczne z faktów, decyzji i konsekwencji ich działań. Ale nie udawajcie, że każdy błąd wymaga publicznej egzekucji. Miejcie odwagę pokazać również te fakty, które komplikują waszą opowieść.
Róbcie swoje. Może ktoś was doceni. A jeśli do zbudowania własnej pozycji potrzebujecie przede wszystkim cudzego potknięcia, darujcie sobie przynajmniej pozę autorytetów moralnych.


