A może za szczęście nie trzeba płacić?

Mira Vela
5 min. czytania

Między miłością a codziennością

Jest takie krótkie słowo, które w związku potrafi znaczyć więcej niż najbardziej wyszukane deklaracje.

- Reklama -

Tak.

- Reklama -

Tak dla człowieka, którego wybrałam.
Nie dla jego wyobrażonej, poprawionej wersji. Nie dla człowieka, którym być może kiedyś się stanie. Nie dla tego, kim chciałabym, żeby był.

Dla niego. Takiego, jaki jest.

Brzmi banalnie?

To spróbujmy.

Bo bardzo często nasze „tak” ma drobny druk.

Tak, kocham cię, ale mógłbyś być bardziej czuły.
Tak, jesteś dla mnie ważna, ale mogłabyś częściej mnie doceniać.
Tak, jest nam dobrze, ale inni jakoś żyją lepiej.
Tak, jestem szczęśliwy, ale przecież coś za chwilę musi się wydarzyć.

I właśnie to ostatnie „ale” jest chyba najbardziej interesujące.

Boimy się szczęścia

Dziwnie to brzmi, prawda?

Przecież całe życie za nim gonimy.

Chcemy kochać i być kochani. Chcemy domu, bezpieczeństwa, bliskości, kogoś, kto wieczorem zapyta, jak minął nam dzień.

A kiedy wreszcie to mamy, zaczynamy się rozglądać.

Czy aby na pewno wolno nam być aż tak szczęśliwymi?

Czy przypadkiem zaraz za to nie zapłacimy?

Ile razy słyszeliście:

„Jest za dobrze. Aż się boję.”

Albo:

„Nie chwal dnia przed zachodem słońca.”

Albo jeszcze piękniejsze:

„Nie ciesz się tak, bo zaraz coś się stanie.”

Jakby gdzieś istniał niewidzialny księgowy, który skrupulatnie zapisuje każdą chwilę naszego szczęścia i pewnego dnia wystawi rachunek.

Trzy miesiące spokoju? Proszę bardzo, teraz trochę problemów.

Udany związek? Nie może być za pięknie.

Dobre życie? Zaraz los się upomni.

I zaczynamy płacić, zanim ktokolwiek wystawił rachunek.

W związku też prowadzimy księgowość

To chyba jedna z największych pułapek miłości.

Ja zrobiłam to, więc teraz ty powinieneś zrobić tamto.

Ja zrezygnowałam dla ciebie z tego, więc ty powinieneś zrezygnować z czegoś dla mnie.

Ja zadzwoniłem trzy razy. Ty tylko raz.

Ja pamiętałam o twoich urodzinach. Ty zapomniałeś o naszej rocznicy.

Ja dałam więcej.

Ty mniej.

I nagle dwoje ludzi, którzy kiedyś chcieli po prostu być razem, zaczyna prowadzić księgowość.

Winien.
Ma.
Dał.
Nie oddała.
Poświęciłem.
Nie doceniłeś.

Tylko że miłość bardzo źle znosi kalkulator.

Oczywiście związek potrzebuje wzajemności. Nikt nie powinien przez lata wyłącznie dawać, podczas gdy druga strona tylko bierze. Akceptacja nie oznacza również zgody na poniżanie, przemoc, zdradę czy brak szacunku.

Ale jest różnica między wzajemnością a nieustannym wyrównywaniem rachunków.

Miłość nie jest fakturą z terminem płatności.

Czasami płacimy za własne szczęście

Nie pieniędzmi.

Poczuciem winy.

Ktoś ma dobry związek, ale zamiast się nim cieszyć, zastanawia się, czy na niego zasłużył.

Ktoś wreszcie spotkał człowieka, przy którym może być sobą, ale zaczyna szukać problemów.

Ktoś ma spokojne życie, lecz porównuje je z życiem innych i dochodzi do wniosku, że powinien chcieć czegoś więcej.

A ktoś inny dostaje od życia coś pięknego i natychmiast zaczyna przepraszać za to, że ma dobrze.

To trochę tak, jakbyśmy dostali prezent, otworzyli pudełko, zachwycili się nim, a potem zamiast powiedzieć „dziękuję”, zaczęli gorączkowo szukać portfela.

Ile jestem winien?

Może nic.

Może naprawdę nic.

Może czasami jedyną właściwą odpowiedzią na szczęście jest pozwolić sobie je przeżyć.

Najtrudniejsze „tak”

Wróćmy więc do tego jednego słowa.

Tak.

Tak dla człowieka obok.

Nie oznacza: jesteś idealny.

Oznacza raczej:

Widzę cię.

Widzę twoje dobre strony i te, które czasem doprowadzają mnie do szału.

Widzę, że nie zawsze będziesz reagował tak, jak tego potrzebuję.

Widzę, że czasem mnie rozczarujesz.

I wiem, że ja zrobię dokładnie to samo.

Bo nie spotkało się dwoje idealnych ludzi.

Spotkało się dwoje ludzi.

Może właśnie dojrzała miłość zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy kochać swoje wyobrażenie o drugim człowieku, a zaczynamy naprawdę widzieć jego.

A może dzisiaj niczego nie trzeba naprawiać?

Nie analizować.

Nie rozliczać.

Nie sprawdzać, kto ostatnio zrobił więcej.

Nie zastanawiać się, czy przypadkiem nie jest „za dobrze”.

Może dziś wystarczy spojrzeć na człowieka, z którym dzielimy życie, i pomyśleć:

Dobrze, że jesteś.

Bez rachunku.

Bez dopisku małym drukiem.

Bez pytania, ile będzie nas to kosztowało.

Bo być może jednym z największych błędów, jakie popełniamy, jest przekonanie, że każde szczęście trzeba czymś okupić.

Nie każde.

Czasem szczęście po prostu przychodzi.

Siada obok nas przy stole. Zostawia kubek w nieodpowiednim miejscu. Chrapie. Denerwuje nas. Robi rano kawę. Pyta, czy kupić coś po drodze. Wie, kiedy nie mamy ochoty rozmawiać.

I czeka tylko, aż przestaniemy szukać rachunku.

Może największą sztuką w miłości nie jest zasłużyć na szczęście.

Może największą sztuką jest wreszcie pozwolić sobie je mieć.

Między miłością a codziennością ❤️

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy