Partia Razem szykuje wyborcze samobójstwo? Ambicje Zandberga mogą zderzyć się z brutalną matematyką

Marcus Pryszberg
5 min. czytania

Samodzielny start w wyborach parlamentarnych w 2027 roku ma być dla Partii Razem dowodem politycznej niezależności. Obawiam się jednak, że może okazać się czymś zupełnie innym: spektakularnym politycznym samobójstwem. Bo między przekonaniem o własnej wyjątkowości a przekroczeniem pięcioprocentowego progu wyborczego istnieje przepaść. I nie jestem przekonany, że Adrian Zandberg i jego ugrupowanie potrafią ją pokonać.

- Reklama -

Aleksandra Owca, współprzewodnicząca Partii Razem, ogłosiła w Krakowie, że ugrupowanie przygotowuje się do samodzielnego startu w wyborach parlamentarnych w 2027 roku. Listy kandydatów mają zostać zaprezentowane w okolicach pierwszego kwartału przyszłego roku, a działacze już teraz zamierzają rozpocząć bezpośrednią kampanię wśród wyborców.

- Reklama -

Optymizmu nie brakuje. Adrian Zandberg przekonuje, że w samej Małopolsce Razem może powalczyć o przynajmniej dwa mandaty parlamentarne.

Tylko że polityka nie polega na liczeniu mandatów, zanim przekroczy się próg wyborczy.

Warto spojrzeć na liczby. W październikowym badaniu OGB Partia Razem uzyskała zaledwie 2,75 proc. poparcia. W sondażu United Surveys było to 3,2 proc., a w badaniu Pollster z 19–21 października już 5,14 proc. Ten ostatni wynik daje ugrupowaniu nadzieję, ale pokazuje również, jak niepewna jest jego sytuacja.

Próg wyborczy dla samodzielnego komitetu partyjnego wynosi 5%. Wyniki badań różnych pracowni to nie są wyniki partii, która może spać spokojnie. To rezultaty ugrupowania balansującego na granicy parlamentarnego istnienia.

Oczywiście Aleksandra Owca może wskazywać na swój rezultat w przedterminowych wyborach prezydenta Krakowa. Zdobyła 6,91 proc. głosów, zajmując czwarte miejsce. Dla lokalnych struktur to niewątpliwie powód do satysfakcji.

Problem polega jednak na tym, że Kraków nie jest Polską, a wybory samorządowe nie są wyborami parlamentarnymi.

Można mieć dobrze zorganizowane struktury w dużych miastach, rozpoznawalnego lidera, wiernych sympatyków i program, który trafia do określonej grupy społecznej. Nie oznacza to jednak automatycznie zdolności do zdobycia ponad pięciu procent głosów w skali całego kraju.

I właśnie tutaj dostrzegam największy problem Razem.

Adrian Zandberg jest politykiem wyrazistym, sprawnym retorycznie i konsekwentnym. Potrafi przemawiać, argumentować i punktować przeciwników. Nie można mu odmówić politycznej inteligencji.

Ale czy potrafi przekonać do siebie wystarczającą liczbę wyborców poza własnym, stosunkowo wąskim elektoratem?

Mam poważne wątpliwości.

Odnoszę wrażenie, że Partia Razem od lat myli medialną rozpoznawalność swojego lidera z rzeczywistą siłą polityczną ugrupowania. Tymczasem sympatia do Zandberga jako uczestnika debat telewizyjnych nie musi oznaczać gotowości do oddania głosu na jego partię.

Co więcej, wyborcy lewicowi mają alternatywę. Mogą poprzeć Nową Lewicę, która mimo własnych problemów wciąż dysponuje większym zapleczem parlamentarnym i samorządowym.

W tej sytuacji samodzielny start Razem może doprowadzić do rozproszenia głosów po lewej stronie sceny politycznej.

A konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż tylko brak mandatów dla Zandberga i jego współpracowników.

Jeżeli Razem zdobędzie cztery procent głosów, to znajdzie się poza Sejmem. Setki tysięcy wyborców oddadzą głosy na ugrupowanie, które nie uzyska parlamentarnej reprezentacji. Ich głosy nie przełożą się bezpośrednio na mandaty, a podział miejsc pomiędzy partie przekraczające próg może w rezultacie wyglądać zupełnie inaczej.

Czy kierownictwo Razem bierze taki scenariusz pod uwagę?

Z pewnością. Trudno bowiem uwierzyć, że doświadczeni politycy nie znają mechanizmów ordynacji wyborczej.

Dlatego zastanawiam się, czy decyzja o samodzielnym starcie jest rzeczywiście chłodną kalkulacją polityczną, czy raczej próbą udowodnienia za wszelką cenę, że można funkcjonować poza większymi blokami partyjnymi.

Polityczna niezależność jest wartością. Konsekwencja również. Ale żadna z nich nie zastąpi wyborczej skuteczności.

Partia, która nie przekracza progu wyborczego, może mieć najpiękniejszy program, najbardziej przekonującego lidera i najbardziej zaangażowanych wolontariuszy. W Sejmie nie będzie miała jednak ani jednego posła.

I wtedy zamiast politycznej niezależności pozostanie polityczna nieobecność.

Nie przesądzam, że taki los spotka Razem. Do wyborów pozostał jeszcze rok, a polityczne nastroje potrafią zmieniać się bardzo szybko. Zandberg ma czas, by poszerzyć elektorat i przekonać wyborców, że jego ugrupowanie jest czymś więcej niż partią protestu wobec istniejącego układu politycznego.

Jednak na dzisiaj samodzielny start Razem uważam za niezwykle ryzykowny eksperyment.

W polityce ambicja bywa niezbędna. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się ważniejsza od arytmetyki.

Bo wybory nie są konkursem na najbardziej konsekwentne poglądy. Są brutalnym sprawdzianem poparcia społecznego.

I obawiam się, że w 2027 roku Adrian Zandberg może się przekonać, że można mieć rację we własnym przekonaniu, znakomite przemówienia i wiernych zwolenników, a mimo to przegrać wszystko.

Czy samodzielny start Razem okaże się demonstracją politycznej odwagi, czy zbiorowym samobójstwem wyborczym?

Na dziś zdecydowanie bardziej prawdopodobny wydaje mi się ten drugi scenariusz.

Marcus | Komentarz polityczny

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy