- Bohaterowie jednych, oprawcy drugich
- Pięć lat bez wjazdu do Polski. Stanowcza odpowiedź Warszawy
- Ukraina walczy o życie. Tym bardziej nie powinna rozdrapywać historycznych ran
- Kraków również mówi „nie”
- „To nasi bohaterowie”. Ale co z naszymi ofiarami?
- Wołyń to nie polityczny argument. To ludzie, którzy nie doczekali sprawiedliwości
- Polska powinna pomagać Ukrainie. Ale nie może zapominać o sobie
Polska zamyka drzwi przed człowiekiem, który chciał uczynić rok 2027 rokiem Romana Szuchewycza i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Swiatosław Szeremeta, radny obwodu lwowskiego, otrzymał pięcioletni zakaz wjazdu do strefy Schengen. To odpowiedź na decyzję, która po raz kolejny otwiera jedną z najboleśniejszych ran w historii polsko-ukraińskich relacji. I stawia fundamentalne pytanie: czy można budować przyjaźń między narodami, jednocześnie stawiając na piedestale ludzi odpowiedzialnych za masowe mordowanie niewinnych cywilów?
Są w historii wydarzenia, o których nie wolno zapominać. Są zbrodnie, których nie da się usprawiedliwić walką o niepodległość. Są wreszcie granice politycznej tolerancji, których przekroczenie wymaga stanowczej odpowiedzi.
I właśnie taką odpowiedź dała Polska.
W środę, 21 października, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski poinformował o podpisaniu wniosku o wpisanie Swiatosława Szeremety na listę osób niepożądanych w naszym kraju. Minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński potwierdził następnie, że radny został wpisany do odpowiedniego rejestru.
Zakaz obowiązuje do 20 października 2031 roku i obejmuje całą strefę Schengen
To nie jest jedynie dyplomatyczny gest. To wyraźny sygnał, że polska pamięć historyczna nie może być przedmiotem politycznych targów.
Bohaterowie jednych, oprawcy drugich
Wszystko zaczęło się od wtorkowej decyzji Lwowskiej Rady Obwodowej, która postanowiła ogłosić 2027 rok rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii, Romana Szuchewycza oraz Ołeha Olżycza.
Dla części ukraińskiego społeczeństwa UPA pozostaje symbolem walki o niepodległość. Dla Polaków jej historia jest nierozerwalnie związana z Wołyniem, Galicją Wschodnią, płonącymi wioskami i tysiącami rodzin, których życie brutalnie przerwano.
Nie można opowiadać historii UPA wyłącznie przez pryzmat walki z sowieckim okupantem, pomijając zbrodnie popełnione na polskiej ludności cywilnej.
Nie można budować narodowej dumy na przemilczaniu cierpienia innych.
I nie można oczekiwać od Polski zrozumienia dla gloryfikowania dowódców formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo.
Roman Szuchewycz nie był postacią jednoznaczną historycznie. Pełnił funkcję głównego dowódcy UPA, której oddziały uczestniczyły w systematycznych mordach na polskiej ludności cywilnej. W polskiej pamięci historycznej jego nazwisko pozostaje symbolem odpowiedzialności kierownictwa ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego za te zbrodnie.
Żadna walka o wolność nie daje prawa do mordowania bezbronnych ludzi. Żadna narodowa legenda nie może unieważnić cierpienia ofiar.
Pięć lat bez wjazdu do Polski. Stanowcza odpowiedź Warszawy
Radosław Sikorski nie ograniczył się do krytyki uchwały. Wskazał również na działalność Szeremety jako rekonstruktora formacji Galizien Waffen-SS.
Polska zdecydowała się na rozwiązanie, które ma wymiar nie tylko symboliczny, lecz także praktyczny. Szeremeta przez pięć lat nie będzie mógł wjeżdżać do państw strefy Schengen.
Czy to zmieni jego poglądy? Zapewne nie.
Czy zmieni sposób myślenia części ukraińskich elit, które traktują historię UPA jako wyłącznie bohaterską opowieść? Trudno przewidzieć.
Ale polityka zagraniczna nie polega wyłącznie na przekonywaniu. Czasami polega również na stawianiu granic.
I te granice powinny być czytelne.
Ukraina walczy o życie. Tym bardziej nie powinna rozdrapywać historycznych ran
Od początku rosyjskiej agresji Polska pozostaje jednym z najważniejszych sojuszników Ukrainy. Polacy otworzyli swoje domy przed uchodźcami, organizowali pomoc humanitarną, wspierali ukraińskie wojsko i angażowali się w działania dyplomatyczne.
Robiliśmy to nie dlatego, że zapomnieliśmy o historii.
Robiliśmy to, ponieważ rozumieliśmy, że niezależna Ukraina jest również ważnym elementem bezpieczeństwa Polski.
Jednak solidarność nie oznacza bezwarunkowej akceptacji każdej decyzji ukraińskich polityków.
Przyjaźń nie wymaga milczenia.
A pomoc nie może oznaczać rezygnacji z prawdy historycznej.
Premier Donald Tusk ocenił, że uchwała lwowskich radnych szkodzi samej Ukrainie. Podobnie wypowiedział się wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, określając decyzję jako nieakceptowalną.
Trudno się z nimi nie zgodzić.
Kiedy Ukraina walczy o przetrwanie, a rosyjska propaganda nieustannie próbuje skłócić Polaków i Ukraińców, podejmowanie takich uchwał jest polityczną nieodpowiedzialnością.
Rosja nie musi nawet wymyślać kolejnych prowokacji, jeżeli otrzymuje gotowe argumenty do wykorzystywania w wojnie informacyjnej.
Nie oznacza to, że za każdą kontrowersyjną decyzją stoi Moskwa. Takie twierdzenie wymagałoby dowodów.
Jednak skutki podobnych działań są łatwe do przewidzenia.
Kraków również mówi „nie”
Reakcja nie ograniczyła się do Warszawy.
Nowy prezydent Krakowa Łukasz Gibała zaproponował czasowe zawieszenie partnerstwa Krakowa ze Lwowem. Zaznaczył, że nie chodzi o definitywne zerwanie współpracy, lecz o zdecydowany sygnał sprzeciwu wobec gloryfikowania osób odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach.
Gibała zadeklarował możliwość wycofania projektu, jeżeli mer Lwowa potępi uchwałę rady obwodowej.
To ważne rozróżnienie. Lwowska Rada Obwodowa i władze samego miasta Lwowa nie są tym samym organem.
Warto też pamiętać, że nie wszyscy Ukraińcy popierają decyzję radnych.
Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przyznało, że podobne inicjatywy szkodzą procesowi pojednania historycznego. Krytycznie wypowiedziała się również Iryna Wereszczuk, zastępczyni szefa Biura Prezydenta Ukrainy.
To głosy, których nie należy ignorować.
Pokazują, że po ukraińskiej stronie są ludzie świadomi, jak wielką wartością są dobre stosunki z Polską.
„To nasi bohaterowie”. Ale co z naszymi ofiarami?
Sam Swiatosław Szeremeta nie widzi w swoim postępowaniu niczego niewłaściwego.
W rozmowie z ukraińskim portalem Zaxid.net przekonywał, że podobne uchwały przyjmowano wcześniej, a Ukraińcy mają prawo samodzielnie decydować o tym, kogo uznają za bohaterów narodowych.
Oczywiście mają takie prawo.
Tak samo jak Polacy mają prawo zdecydowanie sprzeciwiać się gloryfikowaniu ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na ich przodkach.
Argument, że podobne uchwały podejmowano wcześniej, nie stanowi żadnego usprawiedliwienia.
Jeśli coś było moralnie niewłaściwe dziesięć lat temu, nie staje się właściwe tylko dlatego, że jest powtarzane.
Historia nie działa na zasadzie głosowania większościowego. Uchwała samorządu nie zmienia oprawcy w niewinną postać.
Nie przywraca życia zamordowanym.
Nie wymazuje odpowiedzialności.
I nie daje prawa do oczekiwania, że potomkowie ofiar będą milczeć.
Wołyń to nie polityczny argument. To ludzie, którzy nie doczekali sprawiedliwości
W dyskusjach o relacjach polsko-ukraińskich coraz częściej pojawia się pokusa, aby historię podporządkować współczesnej polityce.
Nie wracajmy do Wołynia, bo trwa wojna.
Nie rozmawiajmy o odpowiedzialności, bo Ukraina potrzebuje wsparcia.
Nie poruszajmy trudnych tematów, bo skorzysta na tym Rosja.
Tyle że prawdziwe pojednanie nie rodzi się z przemilczenia.
Na Wołyniu i w Galicji Wschodniej ginęli zwyczajni ludzie. Rolnicy, nauczyciele, matki, ojcowie i dzieci. Ludzie, których jedyną winą było polskie pochodzenie.
Za wielkimi liczbami kryją się konkretne twarze, nazwiska i rodzinne historie.
Wiele ofiar do dziś nie doczekało się godnego pochówku.
Dlatego tak istotne są prace poszukiwawcze i ekshumacyjne, identyfikacja ofiar oraz uczciwy dialog historyków obu narodów.
Nie potrzebujemy wojny o pomniki.
Potrzebujemy prawdy.
I szacunku, który nie będzie zależał od aktualnych interesów politycznych.
Polska powinna pomagać Ukrainie. Ale nie może zapominać o sobie
W tej sprawie warto odrzucić dwa skrajne stanowiska.
Pierwsze każe przemilczać zbrodnie UPA, aby nie zaszkodzić współczesnym relacjom z Ukrainą.
Drugie próbuje wykorzystać historyczne krzywdy jako argument przeciwko całemu narodowi ukraińskiemu i dalszemu wspieraniu jego walki z rosyjskim agresorem.
Oba są błędne.
Można wspierać Ukrainę i jednocześnie domagać się prawdy o Wołyniu.
Można solidaryzować się z narodem napadniętym przez Rosję i stanowczo potępiać gloryfikowanie sprawców ludobójstwa.
Można budować dobre relacje z Kijowem, nie godząc się na historyczny rewizjonizm.
Te postawy nie wykluczają się wzajemnie.
Przeciwnie. Są warunkiem uczciwego partnerstwa.
Marcus: Pamięć nie jest przeszkodą w pojednaniu. Jest jego fundamentem
Decyzja polskich władz wobec Swiatosława Szeremety nie rozwiąże wszystkich problemów historycznych między Polską a Ukrainą.
Nie zmieni też z dnia na dzień sposobu, w jaki część ukraińskiego społeczeństwa postrzega UPA.
Ale pokazuje, że istnieją sprawy, w których polskie państwo musi mówić jednym głosem.
Nie przeciwko Ukrainie.
Nie przeciwko Ukraińcom.
Lecz w obronie prawdy i pamięci o tych, którzy sami nie mogą już zabrać głosu.
Być może właśnie teraz, gdy oba narody tak bardzo potrzebują wzajemnego zaufania, nadszedł czas na najtrudniejszą rozmowę.
Nie o tym, kto był większym patriotą.
Nie o tym, czyja historia zasługuje na większy szacunek.
Ale o tym, czy potrafimy nazwać zbrodnię zbrodnią, nawet jeśli popełnili ją ludzie, których część społeczeństwa uważa za bohaterów.
Bo bohaterstwo nie polega na mordowaniu bezbronnych. Patriotyzm nie usprawiedliwia ludobójstwa. A pojednanie, które wymaga od ofiar zapomnienia o własnym cierpieniu, nie jest pojednaniem. Jest żądaniem milczenia.
Polska ma prawo powiedzieć: dość.
I dobrze, że tym razem nie skończyło się wyłącznie na dyplomatycznych słowach.
Marcus


