Sto lat Kubusia Puchatka. Miś o małym rozumku, który rozumiał życie lepiej niż niejeden dorosły

Marcus Pryszberg
10 min. czytania

Świat zdążył przeżyć wojny, rewolucje, kryzysy gospodarcze, narodziny internetu i mediów społecznościowych. Człowiek poleciał na Księżyc, stworzył sztuczną inteligencję i nauczył się komunikować z drugim końcem globu w ułamku sekundy. Tylko z dogadywaniem się z drugim człowiekiem nadal ma pewien problem. Tymczasem pewien miś, który nigdy nie uważał się za szczególnie inteligentnego, od stu lat przypomina nam, że do szczęścia nie potrzeba wiele. Wystarczy trochę miodu, przyjaciel i ktoś, kto zechce nas wysłuchać.

- Reklama -

14 października 1926 roku na półkach brytyjskich księgarń pojawiła się książka, która miała być zwyczajną opowieścią dla dzieci. Jej autor, Alan Alexander Milne, prawdopodobnie nie przypuszczał, że powołuje do życia jednego z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów literackich w historii.

- Reklama -

Kubuś Puchatek kończy dziś sto lat.

I trzeba przyznać, że trzyma się znakomicie. Bez botoksu, bez suplementów na długowieczność, bez konta na Instagramie i bez specjalistów od budowania marki osobistej. Choć gdyby przyszło mu funkcjonować w dzisiejszym świecie, zapewne jakiś ekspert od marketingu doradziłby mu zmianę wizerunku, ograniczenie spożycia miodu i opracowanie strategii rozwoju osobistego.

Na szczęście Puchatek nigdy nie przejmował się ekspertami.

Wielka mądrość małego rozumku

W Stumilowym Lesie nie było psychologów motywacyjnych, trenerów sukcesu, doradców wizerunkowych ani internetowych autorytetów, które wiedzą wszystko o wszystkim. Był za to Prosiaczek, który się bał. Kłapouchy, który widział świat w ciemniejszych barwach. Tygrysek, którego energia mogłaby zasilić niewielkie miasto. Królik, przekonany, że wszystko powinno odbywać się według jego planu. I Sowa, która potrafiła mówić długo, nawet kiedy nie miała zbyt wiele do powiedzenia.

Brzmi znajomo?

Oczywiście. Wystarczy rozejrzeć się po dowolnym miejscu pracy, rodzinnej uroczystości, a już szczególnie po polskiej scenie politycznej.

Z tą różnicą, że mieszkańcy Stumilowego Lasu, pomimo swoich wad i przywar, potrafili ze sobą żyć.

Nie zawsze się rozumieli. Czasem się irytowali. Bywali nieznośni, uparci, lękliwi albo niezbyt rozsądni. Ale kiedy któremuś działa się krzywda, pozostali przychodzili z pomocą.

I być może właśnie w tym tkwi największa wartość książek Milne’a.

Nie w sentencjach, które dziś tak chętnie publikujemy na kolorowych obrazkach w mediach społecznościowych. Nie w sympatycznych rysunkach ani nawet w zabawnych przygodach misia poszukującego miodu.

Tylko w prostej prawdzie, o której jako dorośli coraz częściej zapominamy.

Nie trzeba być idealnym, żeby zasługiwać na przyjaźń. I nie trzeba rozumieć wszystkiego, żeby rozumieć drugiego człowieka.

Historia, która zaczęła się od dziecięcych zabawek

Pierwowzorem Kubusia był pluszowy miś należący do Christophera Robina Milne’a, syna pisarza. To właśnie jego zabawki stały się bohaterami opowieści, a okolice rodzinnej posiadłości zainspirowały literacki Stumilowy Las.

Pierwsza historia o Puchatku ukazała się w londyńskim „The Evening News” w Wigilię 1925 roku. Bohater próbował w niej zdobyć miód, wykorzystując do tego balonik. Plan, delikatnie mówiąc, nie był doskonały, ale przecież Puchatek nigdy nie twierdził, że jest wybitnym strategiem.

Niespełna dziesięć miesięcy później ukazała się książka „Winnie-the-Pooh”, zilustrowana przez Ernesta Howarda Sheparda. W 1928 roku dołączyła do niej „The House at Pooh Corner”, czyli nasza „Chatka Puchatka”.

Polscy czytelnicy poznali obie historie w 1938 roku dzięki Irenie Tuwim, siostrze Juliana Tuwima.

I trzeba przyznać, że dokonała czegoś niezwykłego. Nie tylko przetłumaczyła literaturę. Nadała jej język, który mimo upływu dziesięcioleci nadal brzmi naturalnie, ciepło i pięknie.

Winnie-the-Pooh stał się Kubusiem Puchatkiem. A Kubuś, jak to Kubuś, rozgościł się w polskich domach na dobre.

Literaturoznawca Michał Rusinek, który tłumaczył późniejsze oficjalne kontynuacje przygód mieszkańców Stumilowego Lasu, uważa przekład Ireny Tuwim za arcydzieło.

Trudno się z nim nie zgodzić.

Sukces, który miał swoją cenę

Historia Kubusia Puchatka ma jednak drugą stronę. Mniej bajkową.

Alan Alexander Milne był człowiekiem naznaczonym doświadczeniami I wojny światowej. Widział śmierć, cierpienie i okrucieństwo. Pisał sztuki teatralne, powieści i kryminały. Chciał być traktowany jako poważny literat.

Tymczasem świat zapamiętał go przede wszystkim jako autora opowieści o pluszowym niedźwiadku.

Można powiedzieć, że Puchatek przyniósł swojemu twórcy nieśmiertelność, ale jednocześnie zabrał mu część literackiej tożsamości.

Jeszcze trudniej było Christopherowi Robinowi.

Chłopiec, którego dzieciństwo zainspirowało ojca, stał się osobą publiczną, zanim zdążył zrozumieć, czym jest popularność. Koledzy dokuczali mu w szkole, a on sam z czasem zaczął uważać, że ojciec wykorzystał jego dziecięcy świat do zbudowania własnej sławy.

Paradoks? Ogromny.

Historia, która miała sprawić radość jednemu dziecku, przyniosła radość milionom innych, a temu pierwszemu przysporzyła cierpienia.

Być może to jedna z najbardziej gorzkich lekcji płynących z całej opowieści.

Nawet najpiękniejsze rzeczy mogą mieć swoją cenę. A miłość, choćby najszczersza, nie zwalnia nas z obowiązku dostrzegania potrzeb drugiego człowieka.

Stumilowy Las, czyli społeczeństwo w miniaturze

W ostatnich latach bohaterowie książek Milne’a zaczęli funkcjonować również jako popularne metafory różnych stanów emocjonalnych i trudności psychicznych.

Kłapouchego kojarzy się z depresją. Prosiaczka z lękiem. Tygryska z ADHD, a Królika z potrzebą kontroli i zachowaniami przypominającymi zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne.

Oczywiście nie są to diagnozy medyczne ani dowód, że Milne świadomie stworzył psychologiczny katalog zaburzeń.

To raczej współczesny sposób interpretowania literackich postaci.

Ale nawet bez psychologicznego słownika można dostrzec coś znacznie ważniejszego.

Kłapouchy nie musiał nagle stać się duszą towarzystwa, żeby mieć przyjaciół. Prosiaczek nie musiał przestać się bać, by inni traktowali go poważnie. Tygrysek nie musiał całkowicie wyrzec się swojej żywiołowości.

Każdy był inny. Każdy miał swoje słabości. Każdy czasem potrzebował pomocy.

A jednak wszyscy należeli do tego samego świata.

Dzisiaj nazwalibyśmy to tolerancją, akceptacją różnorodności albo budowaniem wspólnoty.

Milne nie potrzebował tych wszystkich pojęć.

Wystarczyło mu kilka pluszowych zabawek i wyobraźnia.

Sto lat później nadal nie odrobiliśmy tej lekcji

Żyjemy w czasach, w których potrafimy spędzić całe godziny na dyskusjach o tym, kto ma rację. Znacznie trudniej przychodzi nam zapytanie drugiego człowieka, jak się czuje.

Mamy tysiące znajomych w mediach społecznościowych, ale czasem nie mamy do kogo zadzwonić w trudnej chwili.

Publicznie deklarujemy empatię, a prywatnie potrafimy bezlitośnie oceniać innych za najmniejsze potknięcia.

Mówimy dzieciom o szacunku, a następnie pokazujemy im dorosły świat, w którym wygrywa ten, kto głośniej krzyczy, celniej obraża i skuteczniej ośmiesza przeciwnika.

I nagle okazuje się, że przydałby nam się Kubuś Puchatek.

Nie jako maskotka. Nie jako bohater kolejnego filmu ani wizerunek na kubku do kawy.

Jako przypomnienie, że inteligencja bez życzliwości bywa tylko efektowną demonstracją własnej wyższości. Że nie każdy smutek trzeba natychmiast naprawiać dobrą radą. Że przyjaźń nie polega na ciągłym potwierdzaniu czyjejś racji, lecz również na obecności wtedy, gdy wszystko idzie nie tak.

I że czasem wystarczy po prostu usiąść obok kogoś.

Bez telefonu. Bez oceniania. Bez pouczania.

Miś, który nie potrzebuje aktualizacji

Sto lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej. Nie było smartfonów, telewizji w każdym domu, internetowych celebrytów ani sztucznej inteligencji. A jednak ludzie bali się, kochali, przyjaźnili, zazdrościli i tęsknili dokładnie tak samo jak dzisiaj.

Zmieniły się narzędzia, ale nie zmieniła się ludzka natura.

Dlatego Kubuś Puchatek wciąż ma nam coś do powiedzenia.

Wydawnictwa publikują kolejne kontynuacje jego przygód, tłumacze nadają opowieściom nowe brzmienie, a następne pokolenia poznają mieszkańców Stumilowego Lasu.

Dzieci śmieją się z pomysłów misia, który zrobi wiele, żeby zdobyć trochę miodu. Dorośli odkrywają, że pod pozornie naiwnymi historiami kryją się pytania, z którymi sami zmagają się przez całe życie.

Czym jest przyjaźń? Kiedy naprawdę jesteśmy szczęśliwi? Dlaczego tak trudno zaakceptować czyjąś odmienność? I dlaczego, mając coraz więcej, tak często czujemy, że czegoś nam brakuje?

Nie wiem, czy Kubuś odpowiedziałby na wszystkie te pytania. Zapewne przy niektórych podrapałby się po głowie, zamyślił i uznał, że pora na małe co nieco.

Ale jestem przekonany, że miałby dla nas jedną bardzo cenną radę.

Żebyśmy od czasu do czasu przestali udowadniać światu, jacy jesteśmy mądrzy, a zaczęli być dla siebie zwyczajnie dobrzy.

Bo po stu latach okazuje się, że największym problemem współczesnego świata wcale nie jest brak inteligencji. Jest nim coraz częstszy brak zwykłej ludzkiej życzliwości.

I może dlatego miś o bardzo małym rozumku ma nam dzisiaj do powiedzenia więcej niż niejeden człowiek przekonany o własnej nieomylności.

Wszystkiego najlepszego, Kubusiu.

I obyśmy przez następne sto lat nauczyli się od Ciebie choć odrobiny tej prostoty, którą tak skutecznie komplikujemy sobie życie.

Marcus Pryszberg Wschodni24.pl

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy