Książulo się „sprzedał”. Nieskazitelni już wydali wyrok

Marcus Pryszberg
6 min. czytania

Świat według Marcusa

Miałem tego nie robić. Naprawdę. Jednak kiedy ze wszystkich stron zaczęły bombardować mnie nagłówki o tym, że Książulo się „sprzedał”, pomyślałem, że też zabiorę głos. Szczególnie że do wydawania wyroków ustawiła się już długa kolejka ludzi prawych, nieskazitelnych i przez całe życie wiernych swoim żelaznym zasadom.

- Reklama -

Przynajmniej we własnym przekonaniu.

- Reklama -

Mam do nich serdeczny apel: zajmijcie się przez chwilę swoimi sprawami. Przejrzyjcie własne zasady, przypomnijcie sobie wszystkie wyjątki, które zrobiliście dla wygody, pieniędzy, świętego spokoju albo dlatego, że „sytuacja była szczególna”. Dopiero później wróćcie na stanowisko sędziego cudzych wyborów.

Powodem całego zamieszania jest pizza. Książulo zapowiedział wprowadzenie swojej „Muala Pizzy” do Żabki, z oficjalną premierą 7 października. Część widzów przypomina mu wcześniejsze deklaracje dotyczące współprac gastronomicznych. On tłumaczy, że stworzył własny produkt, do którego ma prawa, i wybrał sieć, za pośrednictwem której będzie go sprzedawał. To właśnie wokół tej decyzji rozgorzała dyskusja o jego wiarygodności.

Można o tym rozmawiać. Można pytać, jak prowadzenie własnego biznesu spożywczego wpłynie na ocenianie innych. Można uznać cenę za zbyt wysoką, a wyjaśnienia za nieprzekonujące. Twórca, który sam recenzuje, powinien liczyć się z oceną swoich produktów. Uczciwa krytyka ma tutaj pełne prawo się pojawić.

Tyle że słowo „sprzedał się” załatwia sprawę znacznie szybciej. Dwa słowa, wyrok gotowy. Można odłożyć telefon z poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku i własnej moralnej wyższości.

A ja patrzę na Książula i widzę człowieka, który robi coś, w czym odbiorcy odnaleźli autentyczność. Dla mnie na tym polega siła jego materiałów. Na zwyczajności, własnym języku, reakcji, którą widz rozumie. Na poczuciu, że po drugiej stronie ekranu jest ktoś, z kim można byłoby usiąść przy stole.

Oczywiście z boku wszystko wygląda banalnie. Pojechał, zamówił, zjadł, powiedział, czy smakuje. Wielka filozofia. Przecież każdy potrafi jeść.

No właśnie. Telefon też ma prawie każdy.

Można więc włączyć kamerę, pojechać po kebab i spróbować. Potem nagrać kolejny materiał. I następny. Znaleźć własny styl, zainteresować ludzi, utrzymać ich uwagę. Zbudować coś, do czego będą chcieli wracać. Wtedy być może okaże się, że pomiędzy „ja też tak potrafię” a rzeczywistym efektem mieści się całkiem sporo pracy.

Wielu próbuje. Niewielu osiąga podobną rozpoznawalność. Samo kopiowanie czyjegoś pomysłu nie daje przecież jego osobowości, wyczucia ani relacji z widzami. A człowiek zajęty ciągłym sprawdzaniem, dlaczego udało się komuś innemu, ma coraz mniej czasu, żeby zrobić coś swojego.

I tutaj, moim zdaniem, zaczyna się część problemu. W niektórych reakcjach słyszę zazdrość ubraną w troskę o zasady. Taką elegancką, gotową do publicznego pokazania. Przecież znacznie lepiej brzmi: „martwię się o jego autentyczność” niż: „drażni mnie, że tyle osiągnął”.

Sukces chętnie akceptujemy, dopóki nie zaczyna zbyt wyraźnie poprawiać komuś życia. Później uruchamia się komisja. Sprawdza samochód, zarobki, umowy i to, czy przypadkiem człowiekowi nie jest za dobrze. Najchętniej zostawiłaby mu popularność, a wszystkie wynikające z niej możliwości zamknęła w sejfie.

Klucz oczywiście trzymałaby komisja.

Powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, pasuje tu znakomicie. Łatwo opowiadać, z czego samemu by się zrezygnowało, kiedy propozycja nigdy nie leżała na naszym stole. Jeszcze łatwiej wydawać cudze pieniądze i podejmować cudze decyzje. Konsekwencje przecież poniesie ktoś inny.

Do tego dochodzi przekonanie, że skoro kogoś oglądamy, to nabyliśmy udziały w jego życiu. Powinien robić to, czego oczekujemy, rozwijać się w zaakceptowanym przez nas kierunku i przed każdą decyzją sprawdzać nastroje w komentarzach.

Moja racja jest najmojsza. A twoja wolność obowiązuje do momentu, w którym przestajesz robić to, co mi odpowiada.

Otóż mam z tym zasadniczy problem. Uważam, że dorosły człowiek, dopóki nie krzywdzi innych, ma prawo układać sobie życie po swojemu. Tworzyć, zarabiać, podejmować ryzyko, zmieniać plany. Bierze też odpowiedzialność za jakość tego, co oferuje, i za słowa, którymi to reklamuje.

Widz również ma wybór. Może kupić, zrezygnować, skrytykować, przestać oglądać. Do żadnej z tych decyzji nie potrzebuje publicznego odbierania komuś godności.

Chciałbym natomiast zobaczyć równie wielką gorliwość w rozliczaniu polityków. Taką samą pamięć do ich deklaracji. Taką samą gotowość do wyciągania dawnych wypowiedzi i zestawiania ich z tym, co robią dzisiaj.

Obiecali? Sprawdźmy. Skłamali? Przypomnijmy. Zmienili zdanie? Zażądajmy wyjaśnień. Zwłaszcza gdy decydują o pieniądzach, które wszyscy składamy do wspólnej kasy, i o sprawach, od których nie da się odłączyć przyciskiem „anuluj subskrypcję”.

Bo jakoś zadziwiająco łatwo przychodzi nam pobłażliwość wobec „naszego” polityka. On musiał. Sytuacja się zmieniła. Tak działa polityka. Trzeba rozumieć okoliczności.

Przy pizzy nagle wszyscy stajemy się bezkompromisowi.

Ja Książulowi życzę, żeby jego produkt obronił się jakością. Wtedy będzie miał powód do satysfakcji. Jeśli zawiedzie oczekiwania, klienci wystawią rachunek. To uczciwe zasady, które rozumiem.

A wszystkim strażnikom cudzej nieskazitelności proponuję zachować trochę energii na najbliższe polityczne obietnice.

Chciałbym wreszcie zobaczyć, jak kłamstwo kosztuje polityka tyle oburzenia, ile Książula kosztuje pizza.

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy