Nie tylko dla akademików
Ostatnio coraz częściej zawodzą mnie ludzie.
Nie piszę tego z dumą. I nie piszę z pozycji człowieka, który uważa siebie za lepszego od innych.
Wręcz przeciwnie.
Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem część winy nie leży po mojej stronie.
Może po prostu patrzę na ludzi lepszym okiem, niż powinienem.
Widzę w nich to, co chciałbym zobaczyć.
Przypisuję im własne zasady.
Jeżeli ja komuś podałbym rękę to zakładam, że on poda ją mnie.
Jeżeli nie zostawiłbym przyjaciela w trudnej sytuacji to wierzę, że on również mnie nie zostawi.
Jeżeli coś obiecałem to staram się dotrzymać słowa.
Jeżeli kogoś nazywam przyjacielem to słowo coś dla mnie znaczy.
I może właśnie tutaj popełniam błąd.
Bo coraz częściej przekonuję się, że nie wszyscy używamy tych samych słów w tym samym znaczeniu.
I wtedy wraca do mnie tytuł piosenki Strachów na Lachy:
Co się z nami stało?
Może jestem staroświecki
Możliwe.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że wartości, które dla mnie wydawały się czymś oczywistym, powoli stają się eksponatami w muzeum.
Lojalność.
Przyjaźń.
Słowo.
Odpowiedzialność.
Zasady.
Honor.
Brzmi trochę jak zestaw słów z innej epoki.
Dzisiaj znacznie częściej słyszymy:
„To nie moja sprawa”.
„Formalnie wszystko się zgadza”.
„Takie są procedury”.
„Nic nie mogłem zrobić”.
„Nie wychylaj się”.
„Po co ci to?”
„Pilnuj siebie”.
I oczywiście to wszystko można wyjaśnić.
Można znaleźć paragraf.
Procedurę.
Regulamin.
Podkładkę.
Można udowodnić, że w papierach wszystko jest w porządku.
Tylko czasami patrzę na te idealnie wypełnione papiery i zastanawiam się:
A gdzie w tym wszystkim jest człowiek?
Bylejakość też może mieć pieczątkę
To chyba jedno z większych odkryć dorosłego życia.
Bylejakość wcale nie musi wyglądać byle jak.
Może mieć garnitur.
Stanowisko.
Pieczątkę.
Podpis.
Może być zgodna z procedurą.
Może nawet otrzymać oficjalną akceptację.
Bo bylejakość to nie zawsze źle wykonana praca.
Czasami bylejakość jest wtedy, kiedy człowiek robi dokładnie tyle, żeby nikt nie mógł się przyczepić.
Ani centymetra więcej.
Nie dlatego, że więcej nie może.
Dlatego, że mu nie zależy.
A przecież między „wykonałem swoje obowiązki” a „zrobiłem wszystko, co mogłem” potrafi zmieścić się cały człowiek.
Lojalność jest łatwa, kiedy nic nie kosztuje
Wszyscy jesteśmy lojalni, kiedy jest dobrze.
Łatwo być przyjacielem człowieka, który odnosi sukcesy.
Łatwo poklepać go po plecach.
Łatwo zrobić wspólne zdjęcie.
Łatwo powiedzieć:
„Zawsze możesz na mnie liczyć”.
Prawdziwy test zaczyna się wtedy, kiedy liczenie rzeczywiście jest potrzebne.
Kiedy telefon przychodzi nie w porę.
Kiedy opowiedzenie się po czyjejś stronie może coś kosztować.
Kiedy trzeba powiedzieć prawdę komuś, od kogo jesteśmy zależni.
Kiedy łatwiej byłoby odwrócić wzrok.
Wtedy okazuje się, ile naprawdę warte było słowo „zawsze”.
Bo lojalność, która obowiązuje tylko wtedy, kiedy jest wygodna, nie jest lojalnością. Jest układem.
Przyjaźń też przechodzi próby
Z przyjaźnią jest podobnie.
Z wiekiem coraz mniej interesuje mnie, ilu ludzi znam.
Bardziej interesuje mnie, ilu ludzi znam naprawdę.
Można mieć setki kontaktów w telefonie.
Tysiące znajomych w mediach społecznościowych.
Pełną salę na urodzinach.
A później przychodzi moment, kiedy naprawdę potrzebujesz człowieka.
I nagle robi się zaskakująco przestronnie.
Nie mam pretensji do całego świata, że nie biegnie mi na ratunek.
Każdy ma swoje życie.
Swoje problemy.
Swoje rodziny.
Ale są relacje, którym przez lata nadajemy specjalne znaczenie.
I właśnie dlatego ich rozczarowania bolą najbardziej.
Bo obcy człowiek właściwie nie może cię zdradzić.
Zdradzić może cię tylko ktoś, komu wcześniej zaufałeś.
Zasady są łatwe, dopóki nic za nie nie płacimy
Każdy może powiedzieć:
„Mam zasady”.
Pytanie brzmi:
ile jesteś gotów za nie zapłacić?
Bo zasada, której przestrzegamy wyłącznie wtedy, kiedy nam się opłaca, nie jest zasadą.
To strategia.
Zasady zaczynają się tam, gdzie pojawia się koszt.
Czasem finansowy.
Czasem zawodowy.
Czasem towarzyski.
Czasem trzeba stracić czyjąś sympatię.
Czasem zamknąć sobie jakieś drzwi.
Czasem powiedzieć „nie”, chociaż „tak” byłoby znacznie wygodniejsze.
I dopiero wtedy dowiadujemy się, czy rzeczywiście wierzymy w to, o czym wcześniej tak pięknie opowiadaliśmy.
Może za dużo wymagam?
Zadaję sobie ostatnio to pytanie.
Może rzeczywiście oczekuję od ludzi za dużo?
Może świat po prostu taki jest, a ja uparcie próbuję stosować do niego zasady, które dawno wyszły z użycia?
Tylko nie potrafię zaakceptować odpowiedzi:
„Tak już jest”.
To jedno z najbardziej niebezpiecznych zdań.
Bo „tak już jest” usprawiedliwia właściwie wszystko.
Chamstwo.
Tchórzostwo.
Obojętność.
Nielojalność.
Bylejakość.
Skoro wszyscy tak robią, to ja też mogę.
Skoro nikt się nie wychyla, po co ja mam?
Skoro inni milczą, ja też będę milczał.
I właśnie w ten sposób standard obniża się centymetr po centymetrze.
Aż któregoś dnia budzimy się w świecie, w którym zwykła przyzwoitość zaczyna uchodzić za heroizm.
Najbardziej boli nie wróg
Wróg jest prosty.
Wiesz, gdzie stoi.
Nie spodziewasz się po nim niczego.
Znacznie trudniejszy jest człowiek, który stoi obok ciebie, dopóki wiatr wieje w dobrą stronę.
A gdy zmienia kierunek to nagle odkrywa, że właściwie nigdy nie staliście tak blisko.
Znałem i znam wielu fantastycznych ludzi.
Takich, których telefon odbiorę niezależnie od godziny.
Takich, o których wiem, że gdy powiedzą jedno zdanie, nie potrzebuję umowy na czternaście stron.
I właśnie dzięki nim wiem, że nie jestem całkowicie naiwny.
Tacy ludzie istnieją.
Może jest ich mniej, niż kiedyś sądziłem.
Ale są.
I z wiekiem coraz bardziej ich doceniam.
Nie chcę nauczyć się obojętności
Rozczarowania mają jedną paskudną właściwość.
Uczą nas budować mury.
Po kilku zawodach zaczynasz myśleć:
Nie zaufam.
Nie pomogę.
Nie zaangażuję się.
Nie będę pierwszy dzwonił.
Nie będę się wychylał.
I być może właśnie tego boję się najbardziej.
Nie tego, że jeszcze ktoś mnie zawiedzie.
Tego, że przez tych, którzy mnie zawiedli, sam stanę się człowiekiem, którym nigdy nie chciałem być.
Nie chcę.
Jeżeli ceną za brak rozczarowań miałaby być obojętność, wolę czasem dostać po głowie.
Jeżeli ceną za brak zdrady miałoby być niezaufanie nikomu, to kiepski interes.
Jeżeli jedynym sposobem, żeby nikt nie wykorzystał mojej lojalności, byłoby przestać być lojalnym to wtedy to nie oni wygrali ze mną.
Wtedy ja przegrałem ze sobą.
Trzeba tylko nauczyć się jednej rzeczy
Nie przestać wierzyć w ludzi.
Przestać wierzyć we wszystkich tak samo.
To nie jest cynizm.
To doświadczenie.
Nie każdy znajomy jest przyjacielem.
Nie każdy, kto mówi „jestem z tobą”, rzeczywiście będzie.
Nie każdy uścisk dłoni jest zobowiązaniem.
Nie każde piękne zdanie oznacza charakter.
Człowieka poznaje się nie wtedy, kiedy mówi o wartościach.
Poznaje się go wtedy, kiedy wartości zaczynają go coś kosztować.
Co się z nami stało?
Może nic.
Może ludzie zawsze byli podobni.
Może tylko z wiekiem widzę więcej.
Kiedy jesteśmy młodsi, świat jest prostszy.
Przyjaciel jest przyjacielem.
Słowo jest słowem.
Dobro jest dobre.
Zło jest złe.
Później pojawiają się odcienie.
Interesy.
Stanowiska.
Pieniądze.
Zależności.
Strach.
Wygoda.
I nagle okazuje się, że niektóre wielkie deklaracje były wielkie tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie zostały wystawione na próbę.
A ja?
Mimo ostatnich rozczarowań nie zamierzam zmieniać kilku rzeczy.
Nadal chcę być lojalny wobec ludzi, którzy na tę lojalność zasługują.
Nadal przyjaźń będzie dla mnie czymś więcej niż kontaktem zapisanym w telefonie.
Nadal będę uważał, że słowo powinno coś znaczyć.
Nadal będę bardziej szanował człowieka, który narazi się, mówiąc prawdę, niż tego, który bezpiecznie milczy.
Nadal będę wierzył, że nie wszystko, co się opłaca, jest warte zrobienia.
I że nie wszystko, co warto zrobić, musi się opłacać.
Być może jeszcze nieraz się zawiodę.
Trudno.
Bo chyba wolę być człowiekiem, który czasami za dobrze myśli o innych, niż takim, który od początku o wszystkich myśli źle.
Tylko dziś jestem już trochę ostrożniejszy.
Nie ze wszystkim.
Z jednym słowem.
Przyjaciel.
Bo znajomych możemy mieć tysiące.
Przyjaciół tylko kilku.
A czasem dopiero trudny moment pokazuje nam, że mieliśmy ich jeszcze mniej, niż myśleliśmy.
I może właśnie dlatego prawdziwych trzeba pilnować.
Dzwonić.
Spotykać się.
Być.
Nie tylko wtedy, kiedy jest łatwo.
Zwłaszcza wtedy, kiedy łatwo nie jest.
Bo w świecie, w którym coraz częściej wystarczy, żeby „w papierach wszystko się zgadzało”, człowiek, na którego słowie naprawdę można polegać, staje się kimś wyjątkowym.
A może wcale nie powinien być wyjątkowy?
Może kiedyś nazywaliśmy to po prostu przyzwoitością.
I dlatego coraz częściej, patrząc na niektórych ludzi, zadaję sobie to samo pytanie:
Co się z nami stało?
Zielony Trener
„Nie tylko dla akademików”


